Alicja w krainie………………..cudów

Wpadła mi ostatnio do ręki książka amerykańskiego terapeuty (a jak wiemy są najlepsi) J.Redfielda – „Niebiańska wizja” – a w niej miedzy innymi o synchroniach. Przyznam się, ze gdybym sama, we własnym życiu tego typu zjawisk nie doświadczyła to zapewne uznałabym je za jakieś dziwactwa. Czytając trochę jednak tych dziwactw znalazłam – ale może myślę tak dlatego, ze ich nie pojmuję – lepiej mieć otwarty umysł…..bo może kiedyś…kto wie??? Ale wróćmy do synchronii. Spotkałam się już z nimi czytając Junga, ale jakąś nie miałam szczególnej ochoty o nich pisać, choć już wtedy występowały w moim życiu…..dziś może lepiej je pojmuję i łączę w całość. To jak zabawa w detektywa….zawsze uwielbiałam A. Christe…… to jak elementy jakieś układanki, jeżeli podąża się ich ścieżką dostarczą ci odpowiednich dowodów.

Może zacznę od tego czym synchronia jest – to jakby  zbiegi okoliczności, które przytrafiają na m się w życiu. Przypadki, a jednak zadziwiające i pobudzające nasze zmysły, ze często wywołują ciarki, jakąś chęć zatrzymania się i rozmyślania. Te połączenia jedno z drugim, dlaczego tak , z anie inaczej. To o czym napiszę może zostać niezrozumiane, szczególnie, że będę opierać się na własnym doświadczeniach synchronicznych. Nawet osoby, które w pewnym sensie mnie znają i rozumieją mogą mieć trudności z odszyfrowaniem kodu. Będę starała się tak to opisać, aby było przyswajalne dla ogółu……..i najważniejsze…….będę pisać o tych synchroniach, które uważam za prawdziwe, a nie wyreżyserowane :)

Urodziłam się w „szczególnej” rodzinie – wiem,że musiałam się urodzić tam, gdzie się urodziłam, z tymi rodzicami jakich miałam, z takim rodzeństwem jakim miałam. Było ciężko, czasem nawet bardzo….ale tak również musiało być. Dlaczego o tym wspominam, gdyż większość z nas łatwo może odnaleźć synchronię w przeszłości, kiedy już sprawy są rozwiązane, wiemy dlaczego tak , a nie inaczej postąpiliśmy my i inni, dlaczego poznaliśmy takich , a nie innych ludzi. Trudniej jest z dostrzeżeniem synchronii, kiedy dzieje się tu i teraz, zatrzymanie się na chwilę.

A chyba powinnam jeszcze wspomnieć o swoich ulubionych piosenkach , swoim ulubionym filmie.. i innych takich małych szczególikach, które wywarły na mnie duże wrażenie  - ale to tak na marginesie…

Zanim pojawiła się chęć napisania tego wpisu – w nocy przyśniła mi się pewna staruszka……..Nazajutrz zaczęłam pisać…..i przypomniałam sobie o tej staruszce…..wiedziałam ,ze muszę ją tu umieścić.. Spotkałam ją mając około 19 lat. Siedziałyśmy obok siebie dość długo i zaczęłyśmy rozmowę….o życiu, , kościele , Bogu……Jej słowa gdzieś głęboko zapisały się w mojej głowie. Gdy wychodziłam natknęłam się na nią ponownie…..wtedy tego nie rozumiałam, ze to nie może być zwyczajny przypadek. Lata mijały ( tak już nie mam 19 lat ) i znalazłam się w miejscu, w którym aktualnie jestem. I znów spotkałam staruszkę…….nie , nie tą samą :) Było to kilka miesięcy temu….powiedziała „coś” – nie ważne co….dla Was……..ale dla mnie wtedy było to bardzo ważne…….usłyszałam to , czego potrzebowałam właśnie w tamtym momencie………….to własnie zjawisko synchroniczne…, myślałam o tym , a ta kobieta to potwierdziła. Na drugi dzień , tak spotkałam ją ponownie…nasze oczy się spotkały….. wtedy to wiedziałam w którym kierunku mam pójść.

Będąc na spacerze z córką i pieskiem, spotkałam pewna kobietę idącą z córką i pieskiem :) Pieski zaczęły się razem bawić. Porozmawiałyśmy trochę i się pożegnałyśmy. W ciągu godziny spotykam tę panią kolejny raz, wymieniamy się uśmiechami. Nic szczególnego nie myślę, mówiłam że często przeoczamy synchronie. Za dwa dni spotykam te panią ponownie, tym razem na wodą – znów jest z pieskiem i córką, ale tym razem towarzyszy jeszcze również mąż……..Przywitałam się…….co dziwne…..jej mąż zrobił taką minę, jakbym to mówiła do niego, strasznie wypłoszony i zdezorientowany……nie wiem dlaczego – nie znam tego pana – ale co tam zajęłam się swoimi sprawami. A nie napisałam  - nasze córki chodzą razem na siatkę – może to tez jakaś synchronia. Nadal nie zastanawiałam się nad tym spotkaniem……ale kiedy kolejny raz ja spotykam……naprawdę ;)……….następnego dnia……. myślę sobie to musi coś znaczyć. Kim jest ta kobieta? Dlaczego jest aż tak ważna w moim życiu? O co chodzi? I wtedy przypomniałam sobie skąd ja kojarzę ……….jej siostra Marta była dziewczyną mojego brata Michała przez krótki okres, może dlatego od razu nie skojarzyłam….natychmiast do niego zadzwoniłam…..a co mi powiedział……………………….. A co do mojego brata Michała – anioła- bo tak go żartobliwie nazywam :) – to moja najwspanialsza przyjaciółka z podstawówki również miała brata Michała, a później była w ciąży i urodziła bliźniaki – a może to nie tak było…….A jeszcze jedna była, którą zapamiętałam, chyba Gosia miała na imię, a kumplowała się bardzo, z Magdą – nie wiem dlaczego , gdyż Magda miała długie zęby, i wyglądała jak królik……ale koniec końców mały zabieg jej we wszystkim pomógł – nawet nieźle je wybielił……

Ale o czym ja do cholery piszę , miało być o synchroniach -zawsze muszę coś wtrącić….wracajmy do tematu…….Następne zjawisko, które było mi pomocne………w zeszłym tygodniu zrozumiałam , że w moim życiu brakuje „agresji”……nie takiej „podwórkowej”……, ale bardziej asertywności, pewności siebie, więcej stanowczości….w stosunku do siebie……Cały ranek tego dnia to za mną chodziło……..później jakoś odpłynęło , ale wieczorem oglądając mecz Polska -Dania….znów słyszałam te słowa…ciągle , że brakuje im agresji……no i wynik niestety sam mówi za siebie…….Może to się wydać grubymi nićmi szyte , ale intuicja mi coś podpowiadała i poszłam za nią……

Często będąc w bibliotece widzę jak książki same wpadają mi w ręce, czuję ich energię , ich moc………..no dobra przeginam…….ale naprawdę począwszy od pierwszej, której aktualnie potrzebowała, a kończąc nawet na tej , na której się opieram zawsze odnajdywałam w nich coś co pomagało mi uzyskać potrzebne informacje, co pozwalało ruszyć z miejsca……a może nie tak, dzięki nim mogłam uzyskać jaką syntezę moich myśli, coś co było we mnie…mogłam przeczytać tak i bardziej to zrozumieć……….

Nie wspomniałam praktycznie o snach, a to one są  skarbnicą zjawisk synchronicznych, prawdziwych…….kiedy to wydarzenia ze snów widzisz, odczuwasz – a o tym to można pisać……………………………….Po każdym takim zdarzeniu żyłam nim coraz bardziej, bardziej ich szukając, oczekując, zgłębiając ich naturę. Bo jeżeli choć raz nad nimi się zatrzymasz, wybiją nas z naszego „niepełnego” dotąd życia  i choć będą się nam wydać niemozliwe, a wręcz szalone warto podążać ich ścieżką, gdyż prowadzą nas ku czemuś Wyższemu……….W moim życiu jest ich mnóstwo……….często ich odrzucałam, nie chcąc ich więcej słyszeć, gdyż nie pasowały do mojego życia…zawsze moje wątpliwości, mój sceptycyzm powracał……..i wtedy zaczyna się niezła walka……….z samym sobą…….coś się we mnie burzyło….chciało już zejść z tej drogi…….powrócić do starego „normalnego ” życia………..w końcu o nic się nie prosiłam …………………ale owe zdarzenia nie dawały za wygraną……….im silniej odchodziłam tym mocniej i boleśniej dawały o sobie znać…Zaprzeczanie, niewiara, tylko burzyło mój spokój ducha…..Chciałam prostego, niczym nie zmąconego, normalnego życia bez takich uniesień i uskrzydleń, ale ktoś na Górze chciał dla mnie czegoś innego. Zawsze zastanawiałam się , gdzie są cuda z Biblii – i proszę – miałam je na wyciągnięcie ręki- codziennie ich doświadczałam – te maleńkie cudeńka codziennego życia  - te spotkania, te informacje przychodzące w odpowiedniej chwili. Dostrzegając synchronię powolutku zaczynałam wewnętrznie inaczej na nie patrzeć…..choć muszę przyznać , ze walka  toczy się nadal……choć może w mniejszym nasileniu……nawet dziś ( tj. wczoraj bo to pisałam wczoraj ) próbowałam to wszystko odsunąć od siebie, zrezygnować……..ale własnie w tych momentach słyszysz, widzisz coś co popycha cię na jakiś inny bieg…..na inny etap, jakaś informacja, jakiś obraz, jakaś wizja, przeczucie……..Wtedy czujesz, ze idąc tylko tą drogą możesz naprawdę doświadczyć prawdziwej siebie i prawdziwej duchowej przemiany. Duchowej…tak… bo myślę, ze ww tym jest coś więcej niż tylko nasze ziemskie istnienie, tam się czuje więź z kimś Głębszym,  z Prawdziwą Energią……tak czuje się więź z Bogiem……..czuje się go intuicyjnie….gdyż właśnie synchronia i intuicja to praktycznie to samo. To intuicja popycha nas, podpowiada to czego rozum nie potrafi pojąć ( nawet mój )…….Rozumować sercem …. podążać za czymś niepojętym, a jednocześnie pojętym, zrozumiałym i niezrozumiałym, nieogarniętym przez umysł, ale ogarniętym przez serce…… Trudno połączyć racjonalne myślenie i intuicje ……..  ale jedno nie zaprzecza drugiemu. I pisze to ja – wątpiąca i nie wątpiąca zarazem……..która ciągle toczy w sobie jaką walkę, która ciągle próbuje połączyć te dwa wymiary …………………….a w moim przypadku   to nawet trzy wymiary.

I pamiętajmy zawsze miejmy pozytywny stosunek do tych zdarzeń – nie podchodźmy do nich zbyt krytycznie ( sama o tym zapominam,) a może bardziej   z dystansem, czekając na rozwój wydarzeń. I mówmy o synchroniach, nie bojąc się krytyki……największym moim krytykiem jestem ja….więc inni niech mówią co chcą……..

ŻYCIE JEST PIĘKNE

Co powiecie  na coś bez „redagowania”, po prosu na coś co dziś siedział mi w głowie.

Powrót myślami do przeszłości, spojrzenie na sprawy, które sprawiały ci ból i doprowadzały do szaleństwa często odbiera nam chęć do życia, odbiera nam całą energię. Czuję się w takich chwilach jakbym schodziła w zaświaty….jakbym popełniała samobójstwo. Trudno jest się odbić od dna , głębokiego, ciemnego, trzymającego cię mocno; strach nie pozwala ci powrócić …….Stan taki może trwać w nieskończoność, kiedy się juz tam jest nie widzi się szansy powrotu, najdrobniejsze problemy urastają do rangi tragedii, nie potrafimy stawić czoła najprostszym czynnośćą – nawet wstanie z łóżka to dla nas wyzwanie. Takie załamanie odbiera wszystko….odbiera nam zycie….dlatego nazywam go samobójstwem…..przychodzi niespodziewanie – wystarczy pomyśleć o bolesnych sprawach (chociaz to dopiero początek) , a już kroczymy róni pochyłej, w stronę naszego upadku. Kiedy jest się w tym stanie wszystko innne przestaje się liczyć, nie docieraja do nas logiczne argumenty. Nawet sama nie potrafię ich przytoczyć, a jak juz nawet  cokolwiek znajdę to zaraz druga strona kontratakuje, prowokuje i wygrywa. Ale trzeba w końcu zdecydować co się w życiu liczy – czy tylko moje egocentryczne ego – czy jest coś/ a raczej ktoś ważniejszy -. Gdzie jesteśmy…..gdy ciała bezwładnie lezy na łóżku…..a inny patrzą na nas i nie wiedzą co się dzieję. I wtedy często zadaję sobie pytanie – Czy ja chcę tak życ? Przecież to śmierć za zycia. Gdzie się podziała tamta dziewczyna, która skakła po drzewach, łapała kijanki, gdzie jest ta osoba, kótra naprawdę kochała życie, pełna życia i pasji , która kocha i chghę być kochana, chce zyć i czerpać z niego pełnymi garściami, a nie ciągle użalać się nad swoimi słabościami.Cóż zdarzyło się, może  pierwszy, a może setny raz – byłaś w tym stanie samobójstwa, ale czas a niego się wydostać ……………i zyć! Ponownie odnaleźć w sobie siłę, energię i moc, która gdzieś tam jest…gdzieś się schowała, muszę ja tylko wyjąc na wierzch.

Wiem, ze to najtrudniejsze w takich chwilach, walczyłam ze sobą, aby znależć odrobinę siły,podnieść się i iść dalej…..Czasem łzy zalewały moje oczy….wyklinałam w duchu moja słabość, kiedy moje ciało i głowa były tak słabe,ze przestawałam chwilami sobie lubić. Ale nie chciałam tak żyć, nie mogłam umrzeć za życia, gdyż mam dla kogo zyć……chcę być przy nich, dawać i czuć od nich miłość…… chcę życ dla nich……dla siebie…….a nawet dla Boga.

Czasem gdy już masz wszystkiego dość, łzy zalewają ci oczy , a lę wydaje ci się masakryczne wielki wyobraź sobie coś śmiesznego, coś co nigdy w rzeczywistości nie mogłobyś się wydarzyć, w co sama byś nawet nie uwierzyła…..i się na tym skup. Wyobraźnia jest wielką siłą……gdy leżysz bezsilnie w łóżku i nie masz siły ruszyć ręką…..wtedy tylko ona może przynieść ci ukojenie. Więc rób to co lubisz……..tańcz, śmiej się …..to wszystko dodaje energii, odciąga od bolesnych myśli. Tańcz sama, później zaproś kogoś innego, rób głupie miny, zatańcz nawet z Bogiem (jeżeli w niego wierzysz)…rób co chcesz w końcu to twoje fantazje, skup się na nich intensywnie, oddaj im się całą sobą a poczujesz coś,……pewnie każdy sam to nazwie. Może to sie wydawać szurnięte –ale co mi tam, mi to pomaga…..Jeżeli racjonale argumenty nie docierają do nas wtedy to  więc przejdźmy na myślenie abstrakcyjne……

Wiem , że w chwilach załamania myślimy ,że już NIGDY nie będzie lepiej, tracimy nadzieję, tracimy wiarę w siebie…..nawet jeżeli w przeszłości dawaliśmy sobie jakś radę, to wtedy przygniata nas nawet maleńka drobnostka. Pewność siebie zostaje zachwiana, a częst całkiem odebrana……..ja ją ostatnio straciłam      a co gorasz straciłam ją przez kogoś, kto mi miał pomóc  i nie było logicznych argumentów, że to może tylko moje przypuszczenia, ze mogę się mylić….. Wtedy to GORSZA pewność zawsze ma rację……to spada jak grom z jasnego nieba, a ty razem z nim. No i wtedy nie wiesz czy po nia sięgnąć. Komu zaufać – czy tej małej odrobince, czy sobie – choć wtedy i ty wydajesz się sobie maleńką odrobinką. Walka trwa w tobie………połykasz ją, myśląc , ze będzie lepiej, ze choć na chwilę uśmierzy ból, ze ci doda odwagi, ufasz jej bardziej niż sobie…niz Bogu. I co wtedy? Co wtedy mslisz? To tak jak z odchudzaniem. Jesteś na rygorystycznej diecie , skrupulatnie stosujesz się do wszelkich zaleceń, a ty bach miałaś chwile słabości i ukratkiem podjadłaś coś więcej – czujesz się winna, obwiniasz się , nazywasz się ofiarą i rezygnujesz z dalszej walki o swój wygląd.  A możne podchodzisz do tego inaczej, bardziej racjonalnie, bardziej kochając siebie……Rzeczywiście miałam chwile słabości, ale to przecież nic wielkiego, stało się, ale życie toczy się dalej , a ja nadal chcę walczyć o siebie, bo wierzę,ze mogę osiągnąć upragniony cel…………Czy to nie krzepiące? :))))))) Powiem wam coś pisanie również jest krzepiące :)……………..może dlatego , ze wyrzucasz z siebie wszelkie wątpliwości. Tak jak  pisałam w trudnych momentach wróćmy do tego co sprawiam nam przyjemność, w co  możemy oddać siebie. Kto lubi malować niech maluje, kto lubi pisać niech pisze, nie trzeba od razu publicznie——prywatne pisanie równiez pomaga – w końcu to jakaś forma terapii  ……więc zapisujmy te nasze brudnopisy naszymi najgłupszymi myślami, przelewajmy nasze wątpliwości, zadawajmy pytania – odkrywajmy siebie.

Długo nie robiłam wpisów na bloga……zastanawiałam się czy w ogóle chce tu jeszcze pisać……były chwile gdy chciałam oś napisać, ale coś mnie blokowało……później przestałam w ogóle chcieć i było mi z tym dobrze…..ale ostatnio chęc powróciła, chęć dzielenie się z wami moimi szurniętymi myślami, moim „rozumowaniem” świata – i choć wiem, ze jest was tam niewielu ( w końcu 1,5 roczna przerwa robi swoje ) to chce to robić…….bo zawsze go kogoś trafię i czymś zainteresuję.

Cholera OPTYMIZM mnie nie opuścił

ŻYCIE JEST PIĘKNE

To trudna przyjaźń

Praktycznie całe życie moim najlepszym przyjacielem był lęk……Towarzyszył mi od najmłodszych lat, choć początkowo nie potrafiłam go dobrze zinterpretować. Był wszędzie: w domu, na ulicy, w szkole, w sklepie……..Te ciemne istoty wchodziły we mnie dotykając mnie od środka, odbierając możliwość zaczerpnięcia powietrza i paraliżując moje ciało. Ich ciągła obecność odbierała mi radość, sprawiała, że zamykałam się w sobie…….. a wtedy one były coraz mocniejsze……..przewyższały mnie swoją siłą, stanowczością, pewnością siebie……ja byłam tylko małą, niewinną owieczką, a wokół mnie stado rozwścieczonych, krwiożerczych wilków. Nie było spokoju…………..ciągle czułam jak łapczywie wyrywają sobie strzępy mojej poranionej duszy.

Nocami przychodziło ich więcej…….. sen nie dawał ukojenia…….kiedy już przyszedł koszmar powracał ze spotęgowaną siłą. Płakałam, błagałam  i uciekałam, a one karmione moją bezradnością rosły w siłę.  Skrzydlaty potwór uwięził mnie w bagnie swojej władzy, jego twarz była odcieniem całego zła jakie widziałam i doświadczyłam w życiu. Trzymała mnie swoimi mackami uniemożliwiając ucieczkę………….strach, ciemność, beznadziejność……to wszystko odbierało mi życie, było go coraz mniej. To one królowały……byłam w ich królestwie……królestwie cieni. Zawieszona na suchym,opuszczonym drzewie czekałam na ostateczność ………wyczerpana, osłabiona….,,czułam się przegrana……..oni zawsze wygrywali…….nie było sensu walczyć…………

Przyjaciel mnie nie odstępował……krok w krok kroczył ze mną przez życie podstępnie odbierając wszystko co miałam……..radość, wiarę , zaufanie, nadzieję, miłość, wolność. Cząsteczka po cząsteczce wyrywał wszystko, a ja oddawałam bez sprzeciwu, poddając się……biernie obserwując pozostałości mojej mizernej osóbki………Karmiony moim strachem  domagał chciał więcej….był nienasycony, i w końcu dopiął swego.Otrzymał to po co przyszedł. Oddałam się……i upadłam. Spadałam coraz głębiej i głębiej, nie było końca…….obojętność ogarnęła moją duszę………moja ostatnia ucieczka miała dać mi ukojenie od całego bólu i od niego. Ale On nie chciał  mnie uwolnić. Leżąc w białej trumnie zobaczyłam Go – stal tuz obok, przy mnie – trzymał  nie za rękę!!!!!Wtedy zrozumiałam, że łączy nas nierozerwalna więź, której nawet śmierć nie może rozdzielić……Zrozumiałam ,że On i Ja to jedno, jest częścią mnie , od której nie mogę się uwolnić. Jest, był i będzie……..pokazując kierunek mojej odwiecznej tułaczki……intrygując, krzepiąc i targając moją duszę, zabierając i oddając, był wszystkim i niczym jednocześnie, był Wiecznością.

Cienka niebieska linia

Jakiś czas temu jadąc samochodem zauważyłam mężczyznę , który tanecznym rokiem poruszał się po chodniku. W ręce trzymał długi patyk, którym wymachiwał w górę i w dół, pewnie w rytm muzyki, której słuchał – wywnioskowałam tak, gdyż miał słuchawki na uszach. Był ubrany raczej nie elegancko, co również rzucało  się w oczy. Zaparkowałam po przeciwnej stronie chodnika, pod sklepem, córa nalegała na zakupy. Nie zdarzyłam wyjąć  kluczyków ze stacyjki, a ów Pan był już głową w moim samochodzie – uchylona szybka umożliwiła mu to. Pyta – czy mam papieroski? Kiwam głową, że nie mam. Zauważa moją córę – O, jaka piękna córcia….spogląda na mnie…..O, A jaka mama…..Odszedł, nie zdążyłam nawet podziękować za komplement. Przyznam się , że uśmiałam się do rozpuku…….Obserwowałam dalej co Pan będzie robił…….Tańcząc wszedł do sklepu. Patyk, który uprzednio miał w ręce powędrował do ust tego Pana.  Nie wiem jaka była reakcja ludzi na widok faceta trzymającego ogromy kij w zębach i do tego tańczącego w sklepie , ale ja nadal byłam rozbawiona. Córa trochę przerażona – zakupów już nie chciała robić. Po chwili Pan wyszedł ze sklepu, na zewnątrz zauważył dwie kobiety…….O, JAKIE PIĘKNE, JAKIE CIAŁO……słyszałam – byłam troszkę zazdrosna….Szedł za nimi, gestykulował i wymachiwał patykiem. Nie zareagowały. A on jak gdyby nic dalej szedł tanecznym krokiem we „własnym” kierunku………….

Nie znam motywów tego Pana, ale nie wydał mi się „nienormalny” – choć kiedyś zapewne uznałabym go za chorego psychicznie – może zmieniły się moje „wzorce” zachowania, mój odbiór świata i rzeczywistości, a może ciągnie mnie do takich ludzi, gdyż sama odbiegam od ogólnie obowiązujących norm „normalności”.

Zachowanie innych fascynuje, jak również zachowanie nas samych  - odkrywanie, poszukiwanie tych wszystkich elementów układanki – to fascynująca podróż w siebie i innych, czasem pełna obaw i wewnętrznych napięć, ale jakże urokliwa i pełna barw.

Prawdopodobnie większość z nas spotkała się z zachowaniem, które uznała za dziwaczne, niewytłumaczalne….”nienormalne”. Ale – jakie zachowanie jest „normalne”? Czy „normalne” jest to co większość uważna za przejaw normalności. Czy można w ogóle określić jakąś ogólnie przyjętą normę „normalności”.  Każdy z nas jest inny, każdy inaczej odbiera świat, inaczej reagujemy na sytuacje. Dziś spostrzegamy świat w taki sposób, jutro inaczej możemy na niego patrzeć. Dziś jesteśmy w radosnym, pogodnym nastroju – i na faceta z patykiem w zębach zareagujemy śmiechem; jutro możemy być przygnębieni i smutni, naszą reakcją może być strach i chęć ucieczki. Trudno jest patrzeć obiektywnie na świat, nie potępiać, nie wydawać żadnych  sądów – trzeba mieć odwagę i chęć patrzeć na świat, na innych , na siebie z różnych perspektyw. Nie zawsze zgadzać się z przyjętymi normami „normalności”, gdyż one również się zmieniają. Tak było na przykład z homoseksualizmem, podejście do niego kiedyś i dziś. Uważany za nienormalny, niepożądany w społeczeństwie ……….nawet przez słynnych psychoanalityków….szykanowani, poniżani, zabijani……..Dziś  stosunek do homoseksualistów zmieniła się diametralnie, choć znajdą się ludzie mniej tolerancyjni, ale to raczej ich można by   było uznać za „nienormalnych”.

Normalność to – NO WŁASNIE CO?………..to coś co ułatwia na życie, co na scala, ingeruje; ułatwia adaptacje;reguluje nasze  stosunki społeczne; to elastyczność; to coś co nie zakłóca, nie sprawia bólu i cierpienia, ale daje ogólny ład, spokój …..szczęście..

Obserwowanie własnego zachowania w różnych sytuacjach, to jak traktują nas inni, to jak porównujemy się z innymi, daje nam ogólny pogląd na to jacy jesteśmy. Mogą nas pociągać trudne wymagające dużego nakładu energii sytuacje i stale możemy ich poszukiwać; możemy być ambitni i sprytni, dobrze radzić sobie w każdej sytuacji …ale może się zdarzyć i tak, że ów spryt zmieni się w manipulowanie i wykorzystywanie innych bez najmniejszych skrupułów, bez poczucia winy; w lekceważenie , gdyż są słabi; w pragnienie władzy i dominacji. Możemy lubić spokój i spędzać czas w zaciszu domowym, ale ten sam dom może się stać również naszym więzieniem, gdyż lęk nie pozwala nam z niego wyjść. Możemy uwielbiać snuć niewyobrażalne fantazje, ale może się zdarzyć, ze będziemy woleli zamiast realnego życia pozostać w naszych wizjach i halucynacjach, gdyż będą bliższe naszemu sercu. Możemy lubić czasem wypić kieliszek wina, ale co się stanie jak kolejny wypity kieliszek zacznie kierować naszym zachowaniem.  Możemy być nieufni, niewierni, ciągle domagać się poparcia jakiś tez, równie dobrze taka podejrzliwość może zdominować nasze życie, będziemy podejrzewać wszystkich wokół , ciągle węszyć podstęp, staniemy się nadwrażliwość na wszelkie słowa, będziemy odebrać innych jako nieprzyjaciół, spiskowców….wrogów.  Może jesteśmy czasem poddenerwowani, niespokojni, wybuchowi, opryskliwi, ale jak łatwo jest przekroczyć granicę i wyrządzić komuś krzywdę, zacząć ludzi traktować z pogardą…….ba nawet odczuwać z tego przyjemność.

„Normalność” od „nienormalności” oddziela cieniutka linia, często niezauważalna, gdy na nią nadepniemy.  Łatwo jest osądzać innych, gorzej jak jakiś problem występuje w nas.Zazwyczaj siebie samych spostrzegamy jako lepszych od innych, chcemy zachować pozytywne mniemanie o sobie. Oceniając innych patrzymy na ich zachowanie, nie na sytuację wokół nich….oceniamy tak jak się zachowują….Ktoś głośno krzyczy – to zapewne jakiś awanturnik maltretujący rodzinę…….Na siebie patrzymy bardziej pobłażliwie. To sytuacje zmusza nas to takiego, a nie innego zachowania; jeżeli zrobię coś złego to dlatego,  że ktoś mnie sprowokował, zmusił,. Inni w podobnej sytuacji zachowaliby się dokładnie tak samo – taka uniwersalność naszych złych nawyków, również podtrzymuje w nas pozytywny obraz samych siebie. Trudno jest się pozbyć takich zniekształceń, można by rzec nawet takich „urojeń życiowych”  - dlatego tak trudno jest nam zmienić choć odrobinę w nas samych. Najpierw musielibyśmy przyznać się przed samym sobą, ze coś we mnie , w nas jest nie tak – ale przecież nie chcemy, aby nasz idealny autoportret ucierpiał.

To miał być wpis o „normalności”  i „nienormalności”  wyszło jak wyszło :) ..ale muszę jeszcze napisać o czymś z tym związanym…. …O małym chłopczyku o imieniu ALBERT

Dwóch naukowców  uwarunkowali u małego Alberta – miał wtedy zaledwie kilka miesięcy- strach. Mały  Albert miał reagować strachem na szczura laboratoryjnego. Początkowo Albert nie reagował strachem na szczura……..nawet się z nim zaprzyjaźnił……..Następnie naukowcy za każdym razem, gdy szczur zbliżał się do małego chłopczyka powodowali przeraźliwy huk,  czego Albert bardzo się bał. Powtarzali to kilkukrotnie, chłopczyk coraz bardziej reagował lękiem;  powiązała szczura z czymś czego się bał. Od tamtej pory maleństwo bało się szczura, jak również wszystkich innych włochatych zwierząt.  Słyszano nawet, ze  to biedne dziecko powiązało ten strach nawet z maską św. Mikołaja, gdyż ona również kojarzyła mu się z czymś włochatym…….Od tamtego momentu nigdy już nie przyjął żadnego prezentu………………

Ocenę „normalności” eksperymentu pozostawiam odbiorcom

Swoją drogą…to jaka matka oddaje dziecko w łapy takich ludzi?

Podprogowo – kluczowo – książkowo Anielska moc miłości

Jakiś czas temu musiałam zmienić swoje życie, rzeczywistość  była inna niż mi się wydawało; ludzie , z którymi byłam najbliżej, których najbardziej kochałam i potrzebowałam okazali się zupełnie innymi ludźmi. Może zacznę od początku.

Mój kręgosłup dawał się we znaki, więc zdecydowałam się na wizytę u lekarza. Skierował mnie na rehabilitacje, oczywiście zanim dotarłam do terminu wizyty kręgosłup przestał boleć…..Zabiegi były codzienne przez okres 4 tygodni. Leżałam podłączona do prądu w jakimś kosmicznym urządzenie, później masaże w wodzie, …no i oczywiście laser, a z laserem związany przystojny brunet, który powali mnie z nóg.  No cóż, zakochałam się jak nastolatka. Śliniłam się na jego widok jak pies na widok mięsa. Z utęsknieniem oczekiwałam „masażu” laserem, jak można to tak nazwać :) Brunet okazała się miłym i sympatycznym facetem. Gadaliśmy o wszystkim, po 4 tygodniach znał mnie na wylot :) Gdy kończyłam zabiegi zaproponowałam mu kawę – niestety odmówił – wtedy :) – miała jeszcze pacjentów, ale zaprosił mnie do kina na „Gwiezdne wojny”, uwielbia fantastyczne historyjki. Muszę się przyznać, ze byłam trochę zniesmaczona, myślałam, że pójdziemy na coś romantycznego, ale czego się nie robi dla takiego ciacha. Wskoczyłabym za nim w ogień. On wpatrzony w ekran, ja wpatrzona w niego jak w obrazek.  Myślicie, ze wiem o czym był film – cały czas myślałam tylko co będziemy robić jak wyjdziemy.Ale on grzecznie odprowadził mnie do domu i ucałował w czółko na do widzenia, mimo, że zaproponowałam żeby wszedł. No co jest do cholery, ile można czekać, zaraz  eksploduje…. Zadzwoniłam do niego następnego dnia , milutkim, słodziutkim głosikiem mówię „znasz się może na komputerach, mój laptop się zawiesił, jak byś mógł coś z tym zrobić….”   Zaraz będę – usłyszałam w słuchawce – ok złapał przynętę. Zadzwonił dzwonkiem, krzyknęłam by wchodził. Leżałam na łózko ubrana w same perfumy i czekałam na swoje bóstwo. . Zaniemówił. „Teraz ci nie odpuszczę…..” – mówię. Scenkę sobie odpuszczę, powiem tylko, ze czułam się jak w niebie. Spełnienie marzeń w jednej osobie, leżałam i napawałam się jego widokiem……cudo, cudeńko, cukiereczek, moje słoneczko, mój kosmiczny pogromca złych mocy…….Spotykaliśmy się  niemal codzienne, przynosił kwiaty, mówił o wielkiej miłości.  Byliśmy nierozłączni. Myślałam, że może po jakimś czasie nam przejdzie, ale uczucie było coraz silniejsze. Zamieszkaliśmy razem. Poznałam jego znajomych….wszyscy byli bardzo mili., i szybko mnie zaakceptowali, tak jak ja ich.

Sielanka trwała by może do teraz, gdybym nie odkryła, że mój przystojniak mnie okłamuje, że ukrywa przede mną swoją druga twarz. Ale odkryłam to za późno. Byłam z nim w ciąży, gdy dowiedziałam się, że mój brunet ma drugie życie,  a nawet trzecie i czwarte……Jego kumpel parsknął śmiechem, kiedy dowiedział się, ze jestem w ciąży i spodziewam się chłopca. „No co ty chłopca, Baron woli córeczki”. Nie zrozumiałam tego żałosnego, dla mnie, co równie bolesnego paroksyzmu. – wtedy. Jakiś czas temu odnalazłam  w zapiskach Barona pewne rachunki na nie małą sumkę. Poszperałam gdzie trzeba, trafiłam na jego innych znajomych. Jedna z nich opowiedziała mi o nim. Dowiedziałam się wszystkiego. Okazała się , ze mój kochany brunet założył się z kumplami, że do trzydziestki spłodzi 10 dziewczynek, 4 już miał na swoim koncie, moja miała być 5, ale los chciał inaczej. Słyszeliście kiedyś o amerykańskich mormonach, ciągle się nimi zachwycał, na początku nie wiedziałam o co mu chodzi. Nie chciał się do niczego przyznać, zaprzeczał, twierdził, ze bredzę, ze to wszystko moje wymysły; jak by wyrobił na tyle dzieciaków. Nie wierzyłam ani w jedno słowo, powiedziałam, ze albo powie mi prawdę albo odejdę. Wyprowadziła się, ale on nie dawał za wygraną. Mówił, ze ciągle mnie kocha, i chce żebym wróciła, że to moje urojenia. Dzwonił, przychodził i ślęczał pod moimi drzwiami, wysyłał miłosne kartki i ciągle pisał na fejsie.  Może bym i mu wtedy wybaczyła, jedynym moim argumentem była tamta znajoma. Ale wtedy poznałam tamta kobietę, jego „podopieczną” i jego córkę. To był koniec. On nadal się nie przyznawał. Usiedliśmy przy stole i wtedy powiedział mu wszystko –  ” Kiedyś pytałeś czego pragniesz, gdyż wszystko byś dla mnie zrobił….chcę tylko i wyłącznie prawdy….wiesz, ze ją znam, ale chcę ja usłyszeć od ciebie, powiedz mi ją prosto w oczy, ty jak również twoi znajomi, którzy również mnie oszukali ….wtedy będę mogła jakoś normalnie żyć i pozwolę ci na odwiedzanie syna…”.  Uparcie nadal twierdził, że bredzę. Wyprowadziłam się z Warszawy do Lublina, później Kraków…Przemyśl. Zamknęłam wszystkie konta na portalach społecznościowych, oraz wszelkie inne drzwi, aby nie mógł mnie znaleźć i mnie dalej dręczyć.

Odjeżdżając zostawiłam jeszcze ostatni list „Będę czekać ta twój telefon, jak będziesz zdecydowany powiedzieć mi prawdę to zadzwoń, wszelka inna forma kontaktu ze mną będzie prze ze mnie odrzucane, wypierana z mojej świadomości, wtedy chyba naprawdę poznam , co to znaczy olśnienie, jeżeli, nie jesteś do tego zdolny,to zostaw mnie w spokoju”

Moja biała flaga chyba nie podziałała, minęło już kilka tygodni a  brunet się nie odzywa…chyba tak naprawdę nigdy mu na mnie nie zależało, na dziecku, również…a ja go tak bardzo jeszcze kocham i tęsknię.

Ale ja to mówią  -  Boga poznasz dopiero po śmierci…….więc albo będę wierną wyznawczynią albo ateistka.

 

Magiczny las – o czy mówią nasze fantazje……..

Po komentarzy pana Adama do wpisu o bajce postanowiłam napisać kilka zdań. Pan Adam wydał mi się człowiekiem dość zuchwałym, aroganckim i sceptycznie podchodzącym do mojej bajki. Cóż można ją różnie interpretować. Ów pan zrozumiał to na swój sposób, w pewnym sensie dla mnie logiczny.

Bajkę można potraktować dosłownie i nie doszukiwać się w niej różnego podtekstu. Ale, sam pan Adam zauważył, ze w bajce jest coś więcej…..urojenia, objawy schizofreniczne, czy jakiś konflikt z wszechmogącym bogiem. Potraktujmy tę bajkę bardziej symbolicznie i doszukajmy się w niej głębszego sensu. Bajki to tak naprawdę jakieś wymyślone fantazje, jakieś marzenia, można je również odnieść do marzeń sennych.  Fantazje powstają raczej świadomie, ale pewna ich część tkwi w polu nieświadomości. To tam zostają uformowane przez często niezrozumiały dla nas język, który wymaga przełożenia. Często te fantazyjne wyobrażenia były przelewane na papier i powstawały z tego niezwykłe historie.

Z treści mojej bajki jednoznacznie wynika, ze główna bohaterka Rudowłosa jest niezwykłą, nieziemską postacią, która próbuje uratować świat, która wierzy w magiczną moc światła, które dostała z niebios pod postacią ognistego tornada. W końcu, jak na prawdziwą bohaterkę przystało, oddaje życie za ludzkość, oddaje im swoją moc, aby oni również mogli doświadczyć zbawczej siły boskiej miłości. Ratuje ich z różnych opresji, ale i sama wpada w sidła zła.

Przedłużmy ten fantazyjny język na bardziej psychologiczne ujęcie sprawy.  Seksualna symbolika tej bajki aż razi w oczy, nawet pan Adam od razu na nią wpadł,  własnie w scence z pałacykiem. Wyraźnie widać jakieś zastąpienie pożądania, namiętności, chęć jakiegoś zbliżenia, kontaktu cielesnego, a może nawet gwałtu. W snach, fantazjach  erotycznych często pojawia się jakiś władczy osobnik, morderca robiący wam krzywdę, gwałt – można zrozumieć jak pościg, czy ucieczkę. I tak Gromowładnego można pojmować jako mężczyznę, kochanka, który chce upolować biedną niewiastę. Mężczyzny zamienionego  w lwa chyba nie trzeba tłumaczyć..rzuca się na Rudowłosą, a ta w popłochu ucieka przed zabraniem jej tego co najcenniejsze. ”Morale zeszły na boczny tor” – mamy tu do czynienia z jakimś kontaktem cielesnym, niebezpieczeństwo, wyczuwanie zbliżającego się zła, chęć i jednocześnie odraza.

Jeśli będziemy trzymać się dosłowności danej fantazji nigdy nie pomniemy, co autor chciał przez nią powiedzieć. W bajce symboliczny – boski sposób jest pokazany jakiś konflikt emocjonalny. Jakiś nierozwiązany kompleks wymaga się wyjaśnienia.W tym wypadku chodzi o jakieś wyparcie, zepchnięcie w nieświadomość konfliktu seksualnego. Jeżeli bohaterka wyparła owy konflikt, ten pojawiła się w jej fantazji, zamieniając ludzi w boskie istoty, przechodząc od realnych postaci w bardziej archaiczne wyobrażenia. Tak oto ów kochanek stał się bóstwem. Najtrudniejsze  do zidentyfikowania są fantazje oparte na całkowitym wyparciu, konflikt istnieje w nieświadomości  w „odszczepionym kompleksie” , wtedy to dochodzi do ożywienia jakiejś innej osobowości, o szczególnych właściwościach, to tak jakbyśmy mieli narodzić się na nowo w innym ciele. Szczególnie wyraźnie widać to ludzi szukających we własnym wnętrzu odpowiedzi na istotnie pytania – introwertywnych. Przy bardzo głębokich introwersjach na pierwszy plan w marzeniach, snach  czy fantazjach wysuwają się cechy archaiczny. I tak, Rudowłosa została odmieniona przez boski płomień, który utożsamić można z ponownymi narodzinami, narodzinami nowej osobowości.  Głębokie wejrzenie w siebie , ujrzenie czegoś niewidzialnego gołym okiem, a może nawet usłyszenie głosu samego Boga…. – to rzeczywiście mistycyzm, to sama boskość. Owa bohaterka chce ratować świat – czy w rzeczywistości  nie potrzebuje jakiegoś poklasku, uwielbienia, może czuje się niedowartościowana – dlatego jakieś bóstwo, chce być lepsze od innych ( niczym anioł schodzący z nieba ) – może to jakiś następny kompleks  wychodzi na jak, wyższości, a tak naprawdę niższości. Potrzebuje sławy, chce być na świeczniku, najjaśniejsza  wśród gwiazdeczek, kochaną i podziwianą przez tłumy. Ale to tylko bajka :)….gdyby owa bohaterka w rzeczywistości utożsamiła się z jakąś boską wybranką mogłaby popaść w obłęd. Urojenia wielkościowe, wywyższanie się ponad innych, traktowanie siebie jako boską istotę……. skromność w tym wypadku powinna przebijać, pycha, zarozumialstwo mogłoby doprowadzić do utraty duszy. Można by wtedy mówić o jakiś autyzmie. o objawach jakiejś psychozy. Wybieranie fantazji zamiast rzeczywistości, zamknięcie w sobie życia psychicznego i traktowanie go jako coś realnego……..pan Adam dobrze zinterpretował część bajki wychwytując tu objawy schizofreniczne. Również „zniekształconą” postać pewnej kobiety można by było uznać za objaw jakiegoś rozszczepienia osobowości; to wyprowadzenie ich z ciemności do światła, również ma symboliczny charakter; samotność Rudowłosej i jej radość ze spotkania kotka, w którym szuka zrozumienia; Jak wiadomo ludzie z zaburzeniami schizofrenicznymi uciekają od ludzi, zamykają się w sowim świecie i często tylko w zwierzętach szukają oparcia. Kto się sam uważnie obserwuje, dokonuje dokładnych analiz  własnych wyobrażeń sennych, czy ty na jawie, zawsze będzie umiał znaleźć ich interpretacje. Sny, czy fantazje , których nie zrozumiemy od razu pojawiają  się w kolejnych nicach, może widzimy inne obrazy, ale sens jest zgoła identyczny, tylko symboliczne ich wyrażanie nie od razu dociera do naszej świadomości.  Świadomości tutaj potrzeba jest pomoc dobrego interpretatora, jeżeli sami mamy z tym problem. Aby zrozumieć co nam mówią sny, czy nasze wyobrażenia musimy nauczyć się siebie słuchać. Nieświadomość pokazuje nam rozwiązanie,  tylko często w niewyjaśnianych, archaicznych formach, i musimy nauczyć się ich interpretować, bo inaczej rzeczywiście popadniemy w jakieś urojenia wielkościowe.

Zazwyczaj fantazjujemy o tym czego mieć nie możemy. T tak główna bohaterka fantazjuje o złączeniu z ukochanym. To nieszczęsne zauroczenie taki wpływ wywarło na jej psychikę, że nie może normalnie zapomnieć. Aby dalej żyć musi wyprzeć owe uczucie ze świadomości.Owe przeżycie przemienione jest w serię archaicznych obrazów. Wyparcie miłości, która nie ma możliwości spełnienia, oddalone uczucie dało o sobie znać w fantazji, gdyż było zbyt silne , a na utrzymanie go w ryzach nieświadomość musiałby zużyć dużą ilość energii.    Miłość, którą odrzuciła w realnym życiu zawładnęła jej nieświadomością, utożsamiła kochanka z bogiem , z mędrcem, ogniem, światłem, cudownym głosem czy psem, choć psa można interpretować wielorako. I tak kochanek pod postacią płonącego tornada zapładnia dziewicę. Bohaterka ma w końcu z nim upragnione dziecko, w realnym życiu takiego szczęścia doświadczyć nie mogła, a wyparcie umożliwiło jej to . Nastąpiła tu pewne zastąpienie, tak czy owak ma to co chciała. Przycięcie w pałacyku to również archaiczny sposób wyrażania tego konfliktu. Bóg – archetyp władcy, siły , zabawa wino, dionizyjska rozkosz – ludźmi rządzi  namiętność, cielesność, taniec śpiewy, oddanie się swoim zwierzęcym instynktom, swoim popędom rozkoszy (o ile dobrze pamiętam Freud pisał coś o popędzie śmierci – tego nie jestem pewna ). Fantazje na jawie czy we śnie łączą nas z najstarszymi warstwami naszej psychiki, z  warstwami archaicznymi, pierwotnymi instynktami. Nasza psychika praktycznie się nie zmienia, zmienia się nasz świat zewnętrzny, wewnętrznie pozostajemy tacy sami. Dlatego w naszych fantazjach, snach pojawiają  się niezrozumiałe nam obrazy, pamiątki po zamierzchłej kulturze.

Rudowłosa triumf odnosi oddając ludziom swój płomień…..kobieta umiera……jej miłości pisany był koniec, miłość nie może się ziścić, dlatego zrozpaczona woli umrzeć, niż żyć bez swojego ukochanego. Wierzy w magiczną wpływ miłości na ludzkość, woli ją oddać………

Wyczuwanie cierpienia ludzi znajdujących się w ciemnej krainie to tak naprawdę cierpienie głównej bohaterki, ból jaki przezywa,  jej wewnętrzne rozdarcie, ale w jej sercu tkwi nadzieja ” serce zaprowadzi nas na właściwą drogę”  - czyżby miłość do ukochanego miałaby ją uwolnić od wewnętrznych rozterek, wyprowadzić z chaosu w jakim się znalazła. W prawdziwym życiu może nie potrafi stworzyć żadnego silnego, trwałego  związku emocjonalnego i dlatego szuka czegoś w świecie fantazji. Libido nie było zbyt silnie związane ze światem zewnętrznym, więc pewna jego część  mogła swobodnie wyzwolić się i „żyć” w świecie bajek. Konflikt zepchnięty w nieświadomość, ale jego afekty pozostały, …..i tak więc czuła, że kochanek cały czas jest przy niej……..wolała żyć światem fantazji, wizji, marzeń , gdyż wtedy był przy nim……Gdy nagle uświadamia sobie owe oderwanie od rzeczywistości , następuje panika, chęć ucieczki, powrotu do rzeczywistości……i utonięcie w głębokiej wodzie…….

Walka z cieniem to beznadziejna walka z kimś silniejszym, z kimś kogo nie potrafi pokonać i w końcu się poddaje …..jest tu jednocześnie jakaś magiczna moc „miłości” do ukochanego, który ma jej dodać sił. Wyczuć tu można jakąś ambiwalencję uczuć, ; nienawiść – miłość, jeżeli cień również utożsamimy z kochankiem, bogiem, z kimś wyższym od niej. A więc boga można pojmować w tej bajce jako dającego życie stwórcę, jak również jako kogoś złego, nieokiełznanego, jako gniewnego wszechmocnego władcę piorunów. Płonące tornado jest również symbolem boga, boga – ojca, można w tym miejscu poruszyć kwestie kazirodztwa; miłości do ojca również towarzyszy ambiwalencja.

Tęsknota za ukochanym daje się odczuć w całości bajki. Rudowłosa ciągle czegoś szuka, do czegoś podążą, szuka jakiś drzwi, które zaprowadzą ją do odnalezienia ukochanego. „Przemiana” w bajce najpierw Rudowłosej, później Koteczki, to tak naprawdę głos samej nieświadomości do Autorki, ze w jej życiu nastąpiła jakaś przemiana wrażenia emocjonalnego w akt religijny, a to wszystko iż wyparła to wyobrażenie ze świadomości.  A  wyparcie musiało się jakoś ukazać, gdyż konflikt nadal trwał. Przez mechanizm projekcji został ukazany w innych postaciach, Boga, lwa czy psa……Nastąpiło przemieszczenie libido z ukochanego na bóstwo. Zamiana miłości ludzkiej w miłość boskich kochanków. Libido wycofane z postaci kochanka stało się ucieleśnieniem bóstwa, wewnętrznego światła, symbolem religijnym. Więc jeśli Rudowłosa wierzy w magiczną moc  światła, to tak naprawdę wierzy w siłę miłości, w ludzki popęd do zbliżenia emocjonalnego.  Jung napisał ” Bóg to miano pewnego kompleksu wyobrażeniowego zgrupowanego wokół bardzo silnego uczucia……atrybuty światła i ognia opisują intensywność pewnej tonacji uczuciowej, są przeto formami wyrazu energii psychicznej przejawiającej się w libido”.

Libido to energia życia, jej symbolem jest Bóg , wąż, płomień, ciepło, płonące tornado,; to również niszczycielska  siła. To zespolenie w sobie zarówno dobra i zła. I tak oto dochodzimy do najważniejszego znaczenia owej bajki. Dlaczego najważniejszego – dlatego,ze najbardziej nurtujące Autorkę. Jak widać to co na pierwszy rzut oka wydaje się złe, przy bliższym zrozumieniu można stwierdzić jako coś dobrego, a nawet wręcz zalecanego. To tak jakby znalazło się złoty środek, panaceum na wszelkie choroby, jedyne wyjście z sytuacji, jedyne i ostateczne; jest to jednocześnie sprzeczne i zbieżne, parcie w dwóch przeciwstawnych kierunkach, o moralności raczej neutralnej. Pułap, granica między dobrem a złem jest bardzo cienka, często jedną nogą jesteśmy w niebie, a drugą smolimy w smole. Odnalezienie w sobie wewnętrznej sprawiedliwości jest celem naszego życia, jest największą modrością jaką człowiek może zdobyć. Jako mała dziewczynka była zafascynowana królem Salomonem, zaczytywałam się w jego historii, byłam pod wielkim wrażeniem jego mądrości, jego decyzje trwale wryły mi się w pamięć. Jako, ze był tylko człowiekiem, błądził, odszedł od Boga, stracił na jakiś czas swoją wewnętrzną mądrość, ziemskie uroki cenił bardziej niż boskie doznania. Pod koniec życia na nowo ją odnalazł i powrócił w łaski Boga. Czy ludziom kiedykolwiek będzie dane doświadczenie takiego szczęścia. Czy kiedykolwiek uda nam się uda połączyć w jedność. W owej bajce takie połączenie widać w „złej” dziewczynce. Jest mroczna, tajemnicza, władcza, a jednocześnie  opiekuńcza, bije od niej jakieś światło….jasność jej stroju mówi sama za siebie……Podjęła decyzję, bardzo trudną, nie od razu wydającą się dobrą….ale przy głębszym zrozumieniu dochodzimy do wniosku, że jedyną w owej sytuacji. Dziewczynka walczy o jakieś uwolnienie, zaprzedaje się złu, zabija życie, ale jest jednocześnie zwiastunem nowego życia. W „Bogu” ( z tej bajki ) = również można znaleźć połączenie dobra i złą. Ma w sobie dobroczynność, życiodajny płomień, który ratuje ludzkość; jest również niszczycielską mocą, niszczącą i dręczącą ludzkość, „Bóg” dający życie, a jednocześnie życie odbierający, forma zapładniająca; wszechmocny Ojciec ratujący z opresji, a jednocześnie ojciec te opresję wywołujący,; kochanek wielbiący wybrankę, a jednocześnie ją odrzucający; dobro i zło przeplata się.

To tyle, dalszą interpretację zostawiam czytającym. Na pewno znajdziecie inne nieujawnione konflikty, które są w bajce, o których nie pisałam……a rażą w oczy….. na  pewno dacie radę………Może niektórzy pójdą w bardziej „świadomą”  interpretację…… Autorką oczywiście jestem ja. Bajka powstał  na podstawie serii obrazów….które tu wykorzystałam…..choć oryginały były czaro białe….i niekompletne….. musiałam do nich wiele dorzucić…………, do których ułożyłam fabułę pasującą do treści bajki. Reszta powstał z „marzeń”, które powstały tylko i wyłącznie ojej głowie.

Panie Adamie Rudowłosą musiałam wprowadzić, w niektórych scenkach Koteczka, Sarenka wystąpić nie mogła, mimo że mogłam ją w każdej chwili przemienić,  jej osobowość nie pasowała do tak znaczącej postaci. I dlatego to Rudowłosa jest główną bohaterką II części  MAGICZNEGO  LASU.

Magiczny las – cz. II

Magiczny las – cz. I

 

Sarenka zastawiła za sobą przeszłość i pod postacią małego kotka wyruszyła w przygodę swojego życia. Szczyt góry wydawał się nie do zdobycia. Każdy  dzień sprawiał jej wiele trudności, musiała walczyć  ze swoimi słabościami, pragnieniami i coraz bardziej dokuczliwym głodem. Z przyzwyczajenia skubnęła trochę trawy, ale natychmiast ją wypluła, będąc kotkiem nie mogła jej jeść. Brzuszek burczał niczym nadchodząca burza. Co jedzą koty?….nie, tylko nie myszki….nie znoszę..dlaczego musiałam zmienić się kotka, ja która tak bardzo boję się myszy. Była zrozpaczona, wystraszona i zrezygnowana…..Nie dam rady to zbyt trudne…..Wtedy usłyszała jakiś głos „Odwagi, odwagi….idź naprzód, tam znajdziesz rozwiązanie”. Zrozumiała, ze nie może się teraz poddać, nie może uciekać, przyjaciele z magicznego lasu liczą na nią. Idą dalej spotkała pewną kobietę – jej długie rude włosy lśniły w blasku słońca. Rudowłosa uśmiechnęła się do Koteczki…..Wspaniale, że cię spotkałam , od teraz będziesz mi towarzyszyć w dalszej podróży, nie będę już taka samotna……Razem wyruszyły w dalsza podróż, z każdą upływającą minutą, tej wspólnej wędrówki, Koteczka zapominała o przyjaciołach. Ale kobieta, którą na swojej drodze nie była zwyczajną dziewczyną, ona również miała do spełnienia pewną misję, równie ważna jak misja Koteczki.

Przyjaciółki dotarły do pewnej miejscowości. Na bramie miasta widniał napis „Sky fail well”. Wszędzie było ciemno i  ponuro. Po ulicach spacerowali przygnębieni ludzie, odczuć się dało ich ból i cierpienie. Kobiety wyrywające włosy z głów i po omacku szukające swoich dusz, płaczące dzieci, mężczyźni szukający czegoś , co mogłoby ich wyrwać z marazmu w jakim się znaleźli. Koteczka zapytała Rudowłosą….”dlaczego taki smutek panuje w tym miasteczku.”…………..”Dlatego, ze ludzie są zagubieni , zgubili coś cennego, zaniedbali swoje dusze, oddali je w ręce wyższych od siebie sił, nie potrafili się odnaleźć, za brakło im wiary….” – odpowiedziała Rudowłosa. Za rodu budynku wyskoczyła kobieta, o ciemnych jak wrona włosach, jej twarz była zniekształcona, nie było widać ludzkich rys…..”Co ty tutaj robisz?” – zapytała Rudowłosą. „Muszę odnaleźć Wiktorię, czy nie wiesz ,gdzie ona może być” Kobieta odpowiedziała „uciekaj stąd…światło tutaj zanika….nie widzisz ilu ludzi zagubiło tutaj swój kompas……czekamy tylko na śmierć….ona jest naszym wybawieniem…..jesteśmy tu uwięzienie niczym ludzie zagubieni w kosmosie,….nie udało nam się odnaleźć prawdziwej drogi….nie ma stąd wyjścia…..” Obok czarnej kobiety stanęli pozostali i mówili to samo  ”Mrok ogarnął nasze dusze”. Rudowłosa zaczęła ich uspokajać…”pomogę wam się stąd wydostać, zaprowadzę was do domu”. Jak? – pytali- tu nic nie widać, nie wiadomo,w którą stronę trzeba się udać”  ….Rudowłosa nie dawała za wygraną ” Nie trzeba widzieć, wystarczy czuć, serce zaprowadzi nas na właściwą ścieżkę” Ludzie łapali się za dłonie tworząc ogromny łańcuch. Rudowłosa, w tym momencie przypomniała  sobie napis znad bram miasta……….Wyprowadziła ludzi z tej złowrogiej krainy. Odnaleźli domek i tam postanowili zamieszkać. Domek był jasny, słoneczny, ludzie zaczęli w nim powracać do życia. Ale zło nie chciało odpuścić. Któregoś dnia obok jasnego domu wydobył się, jakby spod ziemi inny dom. Dom, w którym mieszkały ciemne istoty pragnące ludzkiego życia, niczym wampiry żywiące się ludzką krwią.  Niczego nieświadomi ludzie zaprosili krwiożercze bestie do swojego domu. Tylko Rudowłosa wyczuwała w ich zachowaniu coś podejrzanego, widziała ich prawdziwe oblicze  , ich złe dusze przebijały się przez nałożone maski. Biegała, krzyczała, aby ludzie nie zbliżali się do tych istot , ale oni nie reagowali, a tylko ją odpychali. W końcu dała za wygraną. Stanęła na uboczu i tylko przyglądała się jak dalej sytuacja się potoczy. Czuła, że lada chwila te istoty napadną na ludzi, aby wyssać z nich krew. Podeszła do niej jedna z tych ciemnych istot i zapytała –  ”Gdzie macie pieska, dziewczynka chce się z nim pobawić…..” Rudowłosa wskazała palcem. Nagle poczuła ucisk w sercu, ale było już za późno. Stało się. Ciemna postać powraca trzymając dziewczynkę za rączkę. Mijają Rudowłosą. Nagle dziewczynka odwraca głowę patrzy w oczy Rudowłosej. W jej ciemnych, zimnych, mrocznych oczach Rudowłosa dostrzegła coś co ja przeraziło. Władczość, zawziętość, wrogość, a jednocześnie coś co sprawiało, ze do niej lgnęła, ciepło i dobroć. Dziewczynka jest inna od reszty ciemnych istot, tylko ona ubrana była w jasną długą sukienkę. Rudowłosa słyszy jej myśli, jest w jej głowie, wie już wszystko, mimo, ze nadal nie rozumie dlaczego musiało się tak stać – „On załatwi wszystko…..oni już was nie pożrą….pies to zrobi…, a ty nie możesz go zabić….wiesz o tym….”. Rudowłosa wpadła w popłoch, zaczęła uciekać, nie mogło uwierzyć w to , ze jest….że przyszłość już nadeszła.  Uciekając zobaczyła jak pies gryzie jakąś kobietę, a ta zaczyna się zmieniać….nie mogła na to patrzeć, biegła i biegła. Wpada do głębokiej rzeki, wir był tak silny, że wciągnął ją pod wodę, nie mogła złapać tchu, zaczęła upadać na dno….straciła to co najcenniejsze i nie mogła się podnieść. Dotykając dna usłyszała głos…….”teraz nie możesz się poddać, zaufaj mi, wszyscy mamy słabości, rozterki, wewnętrzne sprzeczności, wystarczy wierzyć i  kochać….płyń i nie oglądaj się za siebie…przyszłość czekała na ciebie już od dawna……” Udało jej się wydostać na brzeg rzeki, Koteczka czekała tam na nią. Ruszyły dalej.

Znalazły się w małym miasteczku należącym do wszechmocnego człowieka. Tego dnia ów człowiek wyprawiał w swoim pałacu przyjęcie.Głód sprawił, że Rudowłosa przyjęła posadę służącej ,u tego człowieka, na ten wieczór. Bogacz zaprosił wszystkich wpływowych przyjaciół. Wszystkiego było pod dostatkiem – wykwintne jedzenie, tańce, śpiewy. Wszyscy czekali na przybycie Jegomościa, ale on się nie zjawił. Z każdą upływającą godziną goście coraz bardziej sobie pobłażali,  ich morale zeszły na boczny tor. Ich niestosowne zachowanie poruszyło serce Rudowłosej, nie mogła dłużej patrzeć jak kobiety i mężczyźni zachowują się jak zwierzęta. Pewien mężczyzna, myśląc, że jest lwem rzuciła się na Rudowłosą z zamiarem pożarcia jej. Zaczęła uciekać. Gdy już opuściła pałac stało się coś strasznego. Kilkaset   piorunów dosięgło ścian pałacu, pałac stanął w płomieniach. Rudowłosa nadal biegła nie oglądając się za siebie. Pioruny nadal szalały, nie wiedziała, gdzie ma się skryć.  W oddali dostrzegła jakiegoś mężczyznę, który szukała czegoś obok dużego drzewa. Zauważył ją i zawołał – „Chodź dzieweczko, tu jest bezpiecznie”. Weszli do środka drzewa. „Dlaczego to wszystko się stało, dlaczego ci ludzie nie żyją…” – zapytała. Mężczyzna popatrzył na Rudowłosa i odparł – „Stąpamy po cienkim lodzie, żyjemy na krawędzi dobra i zła”. Rankiem wszystko ucichło. Rudowłosa z Koteczką przytuloną do piersi ruszyła w dalszą drogę.

Wędrowały kilka dni. Wyczerpane podróżą usiadły obok starego muru. Nagle usłyszała płacz dziecka. „Słyszysz, tam za drzewem, to ona, czuję to, odnalazłam ją, biegnijmy tam….” Maleńka dziewczynka wyciągała rączki w geście zadowolenia. Niemowlę było na rekach u pewnej kobiety o niespotykanej urodzie. Uwagę przykuwała jej jedna pierś, która była niewiarygodnie duża w porównaniu z reszta ciała. Kiedy dziecko zaczęło ją ssać, sutek wyciągała się i wił niczym wąż.  ”Będziesz potrafiła ją  wykarmić…..” – pyta kobieta. „Tak oddaj mi ją”. Kiedy już prawie ma ją na rękach niespodziewanie pojawia się przed nią czarna postać, o przerażającym , przenikliwym, mrocznym wzroku. Demon przypominający ludzką postać z szeroko otwartymi ustami, w których można było zobaczyć ogromną otchłań i ręce ludzi chcących się wydostać, przerażające ryki, jęki i cierpienie.  ”To koniec waszej wędrówki, nie oddam ci jej, jest moja….nie masz już siły ani odwagi , żeby ze mną walczyć…..znów jestem górą….nie potrafisz mnie pokonać…..jesteś słaba….”. Rudowłosa szlochając zdołała wyjąkać kilka zdań – „Tak jestem za słaba, poddaję się, nie będę z tobą walczyć, jesteś ode mnie silniejszy i potężniejszy. Ale jest ze mną ktoś, kto może mi pomóc……Proszę pomóż mi, teraz potrzebuję ciebie najbardziej…..” Kiedy to powiedziała poczuła nad głową porywisty wiatr. Ogromne ogniste tornado dosięgło jej głowy Rudowłosa upadła na ziemię. Koteczka wtuliła się w swoja przyjaciółkę i zasnęła.

 

Ocknęły się po paru godzinach. Rudowłosa nie była już  tą samą kobieta, wydawała się jakby odmieniona, ognisty płomień rozświetlił jej duszę. „Teraz mogę wracać do domu……” Wzięła Koteczkę i ruszyła w drogę powrotną. Tłumy wiwatowały widząc powracającą Rudowłosą. Wiedzieli, że to co przynosi odmieni losy ludzkości. Rudowłosa stanęła po środku złotego okręgu , uniosła ręce do nieba w geście uwielbienia. Przyłożyła dłonie  do serca i wyjęła płomień, jaki dostałą z niebios. Koteczka przypatrywała się temu wszystkiemu z boku, wiedziała, ze dzieje się coś ważnego. Płomień rozświetlił okolicę, wszystkich ogarnęło niebiańskie szczęście…..”Oddaję Go wam…..”- powiedziawszy to Rudowłosa upadła na ziemie i umarła. Jej ciało wsadzono d białej łódki i puszczono z nurtem rzeki.

 

Koteczka zaczęła przypominać sobie swoją misję i przyjaciół z magicznego lasu. Tłum ludzi wiwatując i chwaląc niebiosa ochoczo wsiadał na statek, który miała zabrać ich na miejsce przemiany. Jakiś człowiek zobaczył Koteczkę i zabrał ją ze sobą… ” Chodź, ty też będziesz świadkiem naszego szczęścia”. Statek zatrzymała się u podnóża wielkiej góry. Gdy Koteczka go opuściła zamieniła się w tamta dziewczynę z chatki. Ruszyła na szczyt.  Gdy był w połowie drogi spojrzała w dół. Tłumy ludzi nadal wychodziły ze statku, mimo,ze tylu nie wsiadło.   Gdzieś w oddali zobaczyć można było czarna postać, która przyglądała się temu wszystkiemu. Ale był ktoś jeszcze … to Stary Mędrzec z magicznego lasu, który z zadowoleniem patrzył na podążający tłum. Jakby z góry wiedział, ze to co się stało, stać się musiało. Jakby to on był sprawcą czarnych chmur nad magicznym lasem. Koteczka to wyczuła…..ba wiedział to na pewno.

Kiedy dotarła na szczyt góry zobaczyła ludzi rzucających się w przepaść. Zawahała się. „To po to tu jestem, żeby teraz umrzeć”. Wtedy usłyszała głos Rudowłosej…”Odwagi, zaufaj mi……”. Rzuciła się w przepaść, tak jak setki ludzi przed nią i po niej. Kiedy spadała coś uniosło ją do góry i zaniosło na miejsce przemiany. Gdy wyszła z magicznego kręgu była już inną kobietą. Pomyślała o Jeżyku. W tym samym momencie usłyszała głos Starego Mędrca ……..”On już dawno tego doświadczył…….”.

Efekt Lucyfera – tożsamość zła

W moje ręce wpadła ostatnio książka P.Zimbardo „Efekt Lucyfera”. Ten  sławny psycholog opisuje w niej eksperyment jaki przeprowadził kilka lat temu, a dokładnie w latach 70, na swoim uniwersytecie. Eksperyment został nazwany Stanfordzkim Eksperymentem Więziennym  (SPE). Zimbardo dzięki temu doświadczeniu  chciał zobaczyć czy, i jak normalni i dobrzy ludzie mogą zmieniać się pod wpływem czynników środowiskowych, czy w warunkach sztucznie stworzonych może ulec transformacji ludzki charakter. Książkę  zaczął  pisać tuz p zakończeniu eksperymentu, ale jak sam pisze, wtedy nie był wstanie jej dokończyć, emocje związane z eksperymentem nie pozwalały mu na to. Dopiero po 30 latach mógł bardziej obiektywnie spojrzeć na te wydarzenia …..”jestem mądrzejszy i zdolny do ujęcia tej skomplikowanej materii z bardziej dojrzałej perspektywy”. Czytając również byłam emocjonalnie zaangażowana. Składa się z kilku części. Postanowiłam przeczytać część poświęconą eksperymentowi i przerwać, aby móc napisać kilka zdań jakie na mnie eksperyment wywarł. Doszłam do „piątku”, kiedy to Zimbardo, po wizycie prawnika, informuje więźniów o tym, ze eksperyment został zakończony. Euforia opanowała więźniów. Ale co było powodem tej radości? Dlaczego tak bardzo cieszyli się z „zakończenia” eksperymentu?

Eksperyment polegał na zamknięciu kilku młodych ludzi, w stworzonym do tego celu fikcyjnym więzieniu. Zimbardo wybrał z grupki ochotników 9 więźniów oraz 11 strażników. Przez okres dwóch tygodni mieli tam przebywać i odgrywać swoje role, w zamian za zapłatę – 15 dol. dziennie. Zimbardo, jako profesjonalista, zaplanował wszystko dokładnie i ze szczegółami. Poprosił nawet miejscowa policję, aby dokonała aresztowań „ochotników”. W niedzielę, pierwszego dnia eksperymentu, policjanci wpadają do domów przyszłych więźniów i dokonują aresztowań. Niektórzy z nich są wystraszeni, ale poddają się bez większego oporu.  Po aresztowaniach więźniowie zostają przewiezieni do fikcyjnego więzienia, które było utworzone w piwnicach Wydziału Psychologii tegoż uniwersytetu. Następnie zostają przekazani  w ręce strażników  ochotników. Muszę wspomnieć, że zanim eksperyment się rozpoczął wszyscy chcieli zostać więźniami, żaden nie chciał przywileju zostania strażnikiem. Strażnicy z góry zostali poinstruowani przez Zimbardo jak powinni  się zachowywać, jakie metody mniej więcej stosować, aby utrzymać porządek i dyscyplinę, nie wolni im było stosować przemocy fizycznej.

Więźniowie z zasłoniętymi oczami zostali wprowadzeni do podziemia. Nakazano im się rozebrać do naga, polano ich wodą i obsypano środkiem przeciw wszom. Następnie dostali do założenia na siebie, coś w rodzaju szpitalnej koszuli, na której jest naszyty numer identyfikacyjny, który każdy więzień musi znać na pamięć, a który stanie się przyczyną ich pierwszych upokorzeń. Na głowę zostają im założone damskie pończochy – wnioskuje, że był to wyraz szacunku Zimbardo do więźniów, gdyż pozwolono im nie golić głów. Do nóg strażnicy mocują im ciężkie łańcuchy, które mają stale przypominać im o więziennych trudach. Zostaje im przestawiony szereg   zasad, które mają zapamiętać i się do nich zastosować, m.in. milczenie w czasie posiłków, zwracanie się do siebie tylko po numerach identyfikacyjnych.  Zaczyna się powolny proces poniżania i degradacji więźniów. Strażnicy coraz bardziej wczuwają się w swoje role, są stanowczy i poważni. Więźniowie tymczasem pierwszy dzień traktują półserio, słychać zewsząd szmery i chichoty.

Zaczyna się pierwsze „odliczenie”. Więźniowie muszą wykrzykiwać swoje numery, strażnicy po raz   kolejny próbują poniżać i stłamsić tożsamość swoich „niewolników”. Za nieprawidłowe „odliczanie” więźniowie ponoszą kary – pompki, pajace, czy inne wyczerpujące fizycznie tortury stały się ich codziennością.  O szóstej wieczorem przybywa wieczorna zmiana, strażnicy z tej zmiany okażą się najbardziej bezwzględni i sadystyczni, szczególnie  jeden a nich Hellman, nazwany później przez więźniów „John Wayne”. Hellman wprowadza nowe zasady „odliczania”, więźniowie mają wyśpiewywać swoje numery. Okazuje się być bardzo kreatywnym strażnikiem – co chwilę obmyśla inne sposoby dokuczenia więźniom. Więźniowie nie traktują już całej sytuacji jako zwykłego eksperymentu, coraz bardziej i oni odczuwają ciężar uwięzienia. Fikcyjne wiezienie powoli zabiera im wolność. Narasta w nich coraz większa niechęć, wrogość i agresja. Niektórzy z nich zaczynają stawiać opór. Odmawiają wykonywania bezsensownych rozkazów i  czynności  m.in. wydłubywania kolców z koców (strażnicy wrzucali kole na kolczaste krzaki ), barykadują się w swoich celach w ramach protestu, domagają się lepszego traktowania i poszanowania ich godności. Ale opór nie trwa długo, buntownicy nie potrafią pociągnąć za sobą innych więźniów. Ostatecznie zostają uciszenie i strąceni do ciemnego „lochu”.

Wyjście do toalety również wiązało się z poniżaniem i wyśmiewaniem. Na swoje potrzeby mieli jedynie  5 minut. Większość z nich, przez skrępowanie i stres jaki odczuwali, nie potrafiło wykonać tej czynności fizjologicznej. Po jakim czasie strażnicy doszli do pewnego  wniosku – w każdej celi postanowili zostawić wiadro, aby tam więźniowie mogli załatwiać swoje biologiczne potrzeby. Często, gdy wiadra były już „zabrudzone” nie pozwalano na ich opróżnienie. W całym więzieniu unosił się smród ich odchodów.

Każdy kolejny dzień, w tym prawdziwym-sztucznym więzieniu jest coraz cięższy dla więźniów, a mam wrażenie bardziej przyjemny dla strażników. Więźniowie stają się  apatyczni, widać wyraźne oznaki depresji. Jeden z nich –  DOUG-8612 – chce opuścić więzienie, tj. eksperyment, już w poniedziałek, jednak Zimbardo przekonuje go aby pozostał. Proponuje mu  fuchę „donosiciela”  i obiecuje, ze będzie lepiej traktowany. Doug, trochę zdezorientowany, wraca. Więźniom jednak przekazuje pewna wiadomość – mówi im, że nie można stąd wyjść, ze nie pozwolono mu opuścić więzienia. Wiadomość ta, pomimo że kłamliwa, kompletnie załamuje pozostałych więźniów. Tracą resztki nadziei, w tym momencie zrozumieli, ze to nie tylko eksperyment, ale więzienie; więzienie prowadzone prze psychologów, a oni nie odrywają już ról więźniów, tylko są nimi naprawdę.

Najbardziej  dla mnie, absurdalną sytuacją było zachowanie samego Zimbardo po tym jak w końcu uwolnił Douga. Wśród więźniów chodziła plotka, że Doug ma napaść na więzieni i oswobodzić studentów.   Plotka ta dotarła do samego dyrektora tego fikcyjnego więzienia, czyli Zimbardo. On, jak na prawdziwego szefa przystało, obmyślił genialny plan wywiedzenia „napastników” w pole. Postanowił przenieść więzienie w inne miejsce. Miała to być Komenda Głównej Policji. Zimbardo nagabuje na policję, aby umożliwiono mu przenieść tam więźniów, gdyż  obawia się „ataku” na swoje więzienie. Na jego nieszczęście policja nie wyraża zgody. Decyduje się przenieść więźniów na wyższe pięto Wydziału Psychologii.Sam, jako nieustraszony obrońca zostaje w piwnicach i czeka na napastników. Niestety nie doczekał się. Zamiast nich pojawia się jego stary przyjaciel, również psycholog, z żoną,poruszony  sytuacją więźniów. Widział ich na wyższym piętrze zmaltretowanych i wychudzonych – ulitowała się nad nimi – postanowił kupić im paczkę pączków. Wspaniałomyślność, pomyślałam. Sytuacja zakupu pączków przez „litościwego” psychologa, a siedzący samotnie w ciemnościach i czekający na napastników obrońca bram więziennych, i swojej „głupawej” teorii – iście kabaretowa scenka, tyle , ze z  tragizmem  w tle. Sam pan Zimbardo wpadł we własne sidła, „nie był już obiektywnym obserwatorem” – jak sam pisze, chciał za wszelką cenę ciągnąć dalej swój eksperyment, cierpienie innych nie liczyło się.

Dalsze dni więźniów również upływały na bezsensownym odliczaniu, dalszym poniżaniu, doszło do lekkich przepychanek. Następni więźniowie musieli opuścić eksperyment, gdyż przeżyli lekkie załamanie nerwowe. Hellman z każdym dniem rozwijał swoje skrzydła. Coraz bardziej upokarza i naprzykrza się więźniom, widać wyraźnie, ze sprawia mu to przyjemność. Ten sadystyczny typek zmusza ich do odgrywania erotycznych scenek. Muszą wyznawać sobie „miłość” i wykonywać upokarzające ruchy, takie jak w akcie seksualnym. Więźniowie nie nosili bielizny i w trakcie wykonywania tych scenek ich genitalia były widoczne. Hellman najwyraźniej miała jakieś ukryte skłonności gejowskie, gdyż takie scenki powtarzały się w kolejnych dniach.

Uwięzieni ochotnicy mogli skorzystać z prawa łaski – stawali przed Komisją d/s Zwolnień Warunkowych. W swoich listach kierowanych do Komisji, prosili, aby dano im możliwość wcześniejszego zwolnienia. Swoje prośby motywowali, a to spotkaniem z dziewczyną, gdyż niedługo wyjeżdżała i nie będą mieli możliwości się zobaczyć; a to urodzinami, czy inne niedorzeczne argumenty, które nie przemawiały do Komisji, która z każdą chwilą coraz bardziej wczuwała się w swoje odgrywane role. Szczególnie przewodniczący, który wygłaszał tyrady, niczym Hitler na swoich wiecach.  Od tego momentu czytanie traktowałam mniej emocjonalnie. Zauważyłam zmianę w swoim nastawieniu. Tragizm więźniów nie wywoływał u mnie już takiego współczucia. Mimo całego cierpienia jakiego doświadczyli nie czułam już wrogości do do strażników. Chyba dlatego, ze ich zachowanie porównałam z „własnym podwórkiem”. Każdy z nas ma w sobie coś z aniołka i diabełka. Nie jesteśmy tacy idealni, nieskazitelni i doskonali  za jakich się uważamy. Zazwyczaj widzimy u siebie tę dobrą, szlachetną stronę, same pozytywne wartości i ostro potępiamy ludzi, którzy odbiegają od naszego poczucia dobra. Jestem osobą despotyczną, często nakazuję, zakazuję , wydaje rozkazy i oczekuje ich spełnienia, nie znoszę sprzeciwu. Nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu strażników, ale myślę, ze mogłabym być od nich gorsza, oni traktowali tak obcych sobie ludzi, ja często traktuję tak osoby, które kocham. Potępiamy zło, mimo, że często zachowujemy się jak ci strażnicy. A , czy nie lepiej jest uznać fakt, iż w każdym z nas jest jakaś ciemna strona, jakiś jungowski cień, który opanowuje nas w najmniej oczekiwanym momencie. Zaakceptujmy swoją rogata duszę, lepiej jest z nią żyć w zgodzie, zaprzyjaźnijmy się z potworem, który siedzi w nas, wtedy może będziemy mieć nad nim pewną „kontrolę”. Patrzmy na świat bardziej obiektywnie, nie mówmy, że my w podobnej sytuacji zachowalibyśmy się „lepiej”. Mimo, że dalej potępiałam ich zachowanie, zaczęłam również potępiać zachowanie więźniów, ich bierność i brak oporu w kolejnych dniach.

Eksperyment zakończył się w piątek. Zimbardo „zrozumiał”, ze wymknął się spod jego kontroli, stracił obiektywizm całej sytuacji, za bardzo utożsamił się z rolą obrońcy-dyrektora. Oczy otworzyła mu, poprzedniego wieczoru, jego znajoma Christina. Zastanawiam się – czy gdyby nie tak kobieta eksperyment trwał by do końca. Kto najbardziej zidentyfikował się ze swoją rolą? Myślę, ze wszyscy w jakimś stopniu. Więźniowie, którzy ,ze są naprawdę więźniami i dlatego w końcu poddali się bez walki, czekając tylko na zakończenie eksperymentu. Jeden z nich powiedział do drugiego, kiedy ten drugi namawiał go do buntu – daj spokój, jak będę grzecznie siedział to mogę liczyć na zwolnienie warunkowe. Strażnicy- grający twardzieli i prawdziwie odczuwający przyjemność z torturowania niewinnych studentów. Władza dała im wiele możliwości , a oni bez wahania z niej skorzystali nękając innych. Poczuli się silniejsi, pewni siebie. Często wykorzystywali ja dla zabawy. Poprzednie wpisy poświęciłam wolności. Wolność to stan umysłu, to my decydujemy czy czujemy się wolni. Jeżeli uwierzymy w to, że ktoś może jej nas pozbawić staniemy się niewolnikami tego kogoś. Nikt nie może nas stłamsić, znieważyć jeżeli mu na to nie   pozwolimy. Wolność jest w nas, w naszym wolnym od uprzedzeń, zrównoważonym, harmonijnym umyśle. Nie ważne czego doświadczymy w życiu, jak bardzo ludzie będą nami pomiatać, wyśmiewać, wyszydzać, mówić, że to oni są „wyżsi i mądrzejsi”, że są górą, najważniejsze jest to co my o sobie myślimy.

W dalszej części książki Zimbardo porusza kwestie dehumanizacji, posłuszeństwa wobec autorytetu; dlaczego normalni, dobrzy ludzie zmieniają się w zależności od okoliczności. Porównuje zachowanie studentów z ludźmi przebywającymi w obozach zagłady,  czy innych więzieniach. Dlaczego sytuacja ma takie znaczenie? Nie można z góry przewidzieć zachowania ludzi, rzeczywistość jest odmienna od zamierzeń. Potrzeba stale zmieniać swoje plany,dostosowywać do zmieniających się okoliczności, to co na początku mogło wydawać się słuszne, nie musi być dobre na dalszym etapie. Dużo uwagi poświęca również kwestiom etycznym – czy taki eksperyment powinien mieć miejsce? Pisze o zyskach i stratach jakie eksperyment przyniósł. M.in. o korzyściach dla kilku uczestników. Wspomina Douga, który po zakończeniu zapisał się na psychologię, uzyskał doktorat z psychologi klinicznej. Piszę również o Hellmanie, który w przyszłości został przedsiębiorcą dbającym o losy swoich pracowników. Stał się mniej arogancki, a bardziej empatyczny w stosunku do innych. Czyżby u tych studentów wystąpił jakiś pozytywny „wzrost potraumatyczny” ? Czy trauma jakiej doświadczyli pomogła im w realnym życiu?  Hellmanowi w stosunkach interpersonalnych, Daugowi, zaś pokazując nowe możliwości w życiu, nową drogę prowadzącą do spełnienia jego osobowości. Ale czy to tylko zasługa eksperymentu, czy może również wcześniejszych skłonności. Gdyby nie czuli wewnętrznej potrzeby pójścia w jakimś kierunku, to żaden eksperyment by ich w tym kierunku nie popchnął. Czy trauma jest potrzeba do przeżycia jakiegoś rozwoju, czy wystawianie ludzi na okrutne przeżycia – niby dla ich dobra – jest etyczne? Rozwój można osiągnąć bez  sztucznych tragedii, życie niesie ze sobą swoje problemy , i to często bardziej traumatyczne niż eksperymentalne manipulacje. Czy, wobec tego „robiąc coś dla innych”, nie robimy tego częściowo dla siebie?  Doug, Hellman wynieśli z tego coś pozytywnego, pewnie dziękowali za to swojemu „więziennemu szefowi”. Zimbardo również odniósł wiele korzyści, jak napisał w książce, „wywarł wpływ na moje badania, podobnie jak na dalszą dydaktykę i życie osobiste”. Stał się człowiekiem  dbającym o poprawę warunków więziennych, w stosunku do swoich studentów stał się mniej dominującym, narzucającym swoje zdanie , a bardziej wyrozumiałym przewodnikiem w ich drodze do rozwoju. Jak widać rachunek zysków i strat przemawia za korzystnym wpływem przeżytej traumy.  Ale może dzieje się tak dlatego , że przeżyta trauma skłania ludzi do nadawania jej jakiegoś sensu, szukania jakiś pozytywnych wartości, odnajdywania w tym wszystkim siebie. Ale czy to wszystko etyczne?  Czy nie sprzeniewierza się to wyższym wartościom, nie burzy wiary w człowieczeństwo?

 

cccccccccccccc44cccccc kopia_1

 

 

Wolność zaczyna się w domu :) cz. 5 Marzenia i ich realizacja

Dążymy do osiągnięcia określonych celów, zdobycia konkretnych rzeczy. Mamy nadzieję, ze po osiągnięciu ich będziemy bardziej szczęśliwi, bardziej  wolni. Jednak po pewnym czasie wszystkie zdobyte życiowe wspaniałości zaczynają nas męczyć, chcemy się od nich uwolnić, wyzwolić się, oderwać , uciec jak najdalej. Chcemy czegoś niezwykłego, jakiejś młodzieńczej  szaleńczej wolności. Więc na nowo analizujemy, tworzymy jakieś plany, które mają zaprowadzić nas do upragnionej wolności. Kępiński łączy wolność z możliwością realizacji określonych planów. Bo, kiedy tak naprawdę czujemy się wolni? Wtedy, gdy wszystkie nasze plany, marzenia, fantazje możemy zrealizować. Świat stoi przed nami otworem, realizujemy w nim wszystko to, co zaplanowaliśmy. Ale żyjąc w określonej „przestrzeni” musimy liczyć się z tym, ze społeczeństwo  rożnie może odbierać nasze plany,  może stawiać „opór”, nasz upragniony cel może nigdy nie zostać osiągnięty. Żyjąc w określonym społeczeństwie często musimy się do niego przystosować, nasze plany musimy zweryfikować, aby odpowiadały regułom, zasadom obowiązującym w otoczeniu, z niektórych musimy całkowicie zrezygnować, gdyż na ich realizację grypy, w których żyjemy się nie zgadzają. Czujemy się stłamszeni, zduszeni, nasza wolność została ograniczona, jesteśmy zamknięci w ciasnej przestrzeni, która nie pozwala nam rozwinąć skrzydeł. Cierpimy i nie zgadzamy się z tym, szukamy innych dróg, może trudniejszych, ale może i bardziej tolerancyjnych, mniej rygorystycznych w swoich, często bezsensownych zasadach. Gdy je odnajdujemy odzyskujemy wiarę  i nadzieje na realizację naszych pierwotnych zamierzeń. Rozwijamy skrzydła  i czujemy się wolni jak ptaki – nasze plany, marzenia zostają zrealizowane, a my czujemy się swobodni i pełni energii, nasza „ekspansja” w środowisko rośnie, nasza niezależność i poczucie wolności umacnia się.

Gdy przekształcamy świat zgodnie ze swoimi planami czujemy się wolni, niczym nie skrępowani , czujemy się nadludźmi. Ale gdy trafiamy na betonową ścianę trudną do rozbicia, czujemy frustrację, wściekłość, często rezygnujemy z dalszej ekspansji, nie wierzmy w siebie i w realizację  swoich planów. Czujemy się pokonani i przegrani. Ale bądźmy zawsze dobrej myśli. Niech nasze plany, marzenia pchają nas w kierunku ich realizacji. Nie można bowiem snuć długo marzeń i och nie realizować, gdyż po pewnym czasie zaczną na uwierać, musimy stale wyrzucać z siebie swoje fantazje i je realizować w otoczeniu. Otoczenie to również MY, to nasze wnętrze, my tworzymy nasze środowisko, nasz wewnętrzny świat nie jest tylko naszą własnością, ale wspólną ludzkości – to my tworzymy świat, tak jak świat tworzy nas. Żyjąc w określonej  przestrzeni wpływamy na nią i ona na nas wywiera wpływ.  Gdy nasze plany, marzenia trzymamy we własnym wnętrzu nasze życie jest nijakie, nudne, nic się nie dzieje. Zamykamy się w ciasnym półświatku. Ale kiedy zaczniemy realizować te, jak to pisze Kępiński, „potencjalne struktury czynnościowe” one staną się naszą rzeczywistością, naszym najbliższym otoczeniem, realnym życiem.

Człowiek musi stale dążyć do ekspansji w swój otaczający świat, inaczej jego poczucie rzeczywistości, poczucie wolności zostałoby zaburzone. Gdy przestrzeń nas pociąga czujemy się wolni, nie ma granic między Ja a rzeczywistością, wszystko co moje tow wspólne, śmiało, bez skrepowania wyrzucamy wszystko z siebie, nasze najgłębsze sekrety staja się wspólne. Ale co wtedy, gdy, jak pisze Kępiński,  ”przestrzeń jest za ciasna, nie daje człowiekowi możliwości rozwinięcia swoich tendencji twórczych,….czuje się w niej skrępowany…struktury czynnościowe w niej obowiązujące mogą być sprzeczne z własnymi danego człowieka,   stałe naginanie się do nich, noszenie maski, zakłamanie, wszystko to sprawia, ze człowiek wycofuje się do własnej przestrzeni, zamyka się we własnym świecie”. Przestrzeń w taki wypadku nie pociąga, a wręcz człowiek czuje potrzebę wycofania, ucieczki od niej, człowiek nie czuje się wolny, za to czuje się manipulowany i sterowany przez często niezrównoważone, jego zdaniem osoby. Realizacja planów w takiej przestrzeni jest sprzeczna z wewnętrznym duchem. Mimo, ze zrealizowane plany mogą wywołać pozytywną reakcję w otoczeniu, wszyscy będą zadowoleni z wykonania planu, to taki człowiek wewnętrznie czuje się zakłamany, coś mu nie daje spokoju, coś go dusi, jakiś wewnętrzny głos mówi, ze robi źle   i powinien jak najszybciej uporać się z tym problemem. Noszenie maski w taki wypadku tylko pogarsza sprawę, przychylność otoczenia również nie pomaga, sumienie człowieka, który żyje zaprzeczając swojej wewnętrznej naturze nie daje spokoju, dręczy go dopóty, dopóki nie upora się ze środowiskiem i ze samym sobą,  z własną przestrzenią, nie odzyska wewnętrznej spójności.

Jak pisze Kępiński, wolność to nie tylko poczucie nieskrępowania, spontaniczność, swoboda poruszania się w przestrzeni, czy realizacja sowich planów. Pełną wolność osiąga się przyjmując plany realizacji innych ludzi, bez najmniejszych uczuć zazdrości czy żalu. Kiedy potrafimy cieszyć się szczęściem innych ludzi. Potrzeba jest wiele ciepłych uczuć do naszego otoczenia, bez tego nasza wolność nie będzie pełna. Można to odnieść  do tego co pisałam powyżej.

Aby czuć wolność nasze plany muszą być realizowane, musimy mieć odwagę, aby pokazać je szerokiemu gronu odbiorców. Często czujemy przed tym lęk, lęk przed ośmieszeniem, poniżeniem, a im więcej się nad tym zastanawiamy, nasz niepokój narasta. Tłumaczymy sobie, ze pewnie i tak nie mielibyśmy szans na realizacje zamierzeń i nasze marzenia często  nie wychodzą na jaw. Lek jest głównym winowajcą naszego więzienia, aby iść do przodu musimy nad nim zapanować, nie piszę, ze pozbędziemy się go całkowicie, gdyż to raczej niemozliwe, ale możemy go oswoić, może stać się naszym sprzymierzeńcem, niech popycha nas do działania, a nie staje na przeszkodzie. Realizujmy swoje plany, rozwijajmy swoje pasje i zainteresowania, bądźmy ciekawi świata. To co daje nam satysfakcję, radość, pobudza do działania, otwiera drzwi, naszą duszę na świat –  to wszystko sprawia, że czujem się lekko, świeżo, a przede wszystkim  odczuwamy wolność. Starajmy się z entuzjazmem podchodzić do życia, popychajmy się do przodu, nie zamykajmy się przed światem.

Wolność zaczyna się w domu, a dom to nasz umysł wolny od wszelki zmartwień, kłopotów, wyzwolony od naszej często krępującej nasz przeszłości. Ale czy jest możliwe, aby tak do końca wyzwolić się od naszej przeszłości, od naszego środowiska, od naszych nastawień i emocji. Poczuć siew pełni wolnym i niczym nieskrępowanym. Tego do końca nie wiem, niech każdy sam odnajduję drogę, która zaprowadzi do odkrycia tej prawdy. To tak jakby na nowo odkrywać drogę, drogę która prowadzi do znalezienia odpowiedzi ja żyć. Koniec jest początkiem prawdziwej prawdy o nas samych.

 

Poprzedni wpisy

Wolność zaczyna się w domu :) cz. 4 Aktorstwo życia

Często przed innymi ludźmi przybieramy rożne pozy, zakładamy rożnego rodzaju maski gubiąc w ten sposób   swoją indywidualność, swoje ja, swoja wolność. Każdy z nas na pewno chciał przynależeć do jakiejś grupy, stać się członkiem jakiegoś zgromadzenia. Być bardziej popularnym i sławnym, lepszym od innych. Robimy niemal wszystko, aby nas przyjęli i uznali za swojego. Często będąc już członkiem tej grupy dusimy się w niej.  Na siłę staramy się do niej dostosować. Bardzo chcieliśmy dołączyć do elity, do wybrańców, do bóstw, ale kiedy już tam jesteśmy zauważamy, ze zasady tam panujące nie do końca są tożsame z naszymi wartościami. Tkwimy w naszej sztuczności, kisimy się niczym kapusta w zatęchłej beczce. Życie jest coraz cięższe, nie czujemy radości, ale przed ludźmi nie możemy tego pokazać, przed nimi nadal jesteśmy twardzi i udajemy zadowolenie. Boimy się odrzucenia, często ustępujemy, aby być akceptowanym. Boimy się wyrażać swoje zdanie, często je zmieniamy, aby dostosować się do grupy, aby nie urazić uczuć i przekonań innych.  Chcemy być lubiani i  podziwiani.   Stajemy się niewolnikami swojego otoczenia, swojej elitarnej grupy. Nie jesteśmy sobą.  Jesteśmy tacy, jacy chcą byśmy byli. Więc przyklejamy sobie do twarzy uśmiech, mimo ze w duchu mamy ochotę krzyczeć i przeciwstawić się temu wszystkiemu. Zatracamy się w ten sposób, tracimy siebie. Otoczenie oczekuje od nas określonego zachowania, a my często, bez najmniejszego sprzeciwu, poddajemy się jego woli.  Choć maska nas uwiera, to i tak uwite „ciepłe gniazdko” bierze górę. Nie potrafimy zrezygnować z wygód, jesteśmy konformistami. Jesteśmy zmuszeni dopasować się do otoczenie, w przeciwnym wypadku zostaniemy wykluczeni.

Ale pamiętajmy, narzucona z zewnątrz maska zawsze będzie nas  uwierać, a usilne staranie się z naszej strony „dobrego przyklejenia” jej wywoła śmieszność. Maska jest po to, aby nam pomagać, a nie po to abyśmy my się nią stali. W zależności od sytuacji powinnyśmy przybierać różne pozy, raz być błaznem, a raz nudna księgową. Ciągłe noszenie tej samej maski zabija indywidualność. Aby być wolnym musimy czuć się dobrze we własnej skórze , zmienność sytuacji – zmienność masek. Bądźmy rożni, niech to  jacy jesteśmy przebija się prze maski. Raz smutki, innym razem kapryśni i wymagający. Aktorstwo jest potrzebne, aby przetrwać w świecie, który nie stoi w miejscu, ale się ciągle zmienia.

A. Kępiński, w swoich pracach,  bardzo szeroko ujmuje problem maski a wolności. Uważa, że normalne stosunki ludzkie wymagają noszenia maski, zachowania pozorów, ukrycia własnych myśli, uczuć , pragnień. Z punktu widzenia stabilizacji życiowej te pozory  są bardzo ważne. Żyjąc w  grupie musimy przyjąć jej zasady, nakazy, przystosować się do określonych reguł.  Musimy przyjąć określoną pozę, jakiej domaga się otoczenie. Ale zanim przystosujemy się do sytuacji, które są odmienne z naszymi poglądami, często odczuwa sztuczność, i zakłamanie, źle się czujemy w takiej roli. Musimy kłamać, aby być w grupie. Po pewnym czasie , sami w te kłamstwa zaczynamy wierzyć,  tracimy część naszej wolności, na rzecz ciepełka, dobrobytu, konformizm zwycięża.  Wcale nie piszę, ze to coś złego, postępuje tak większość ludzi, po prosu osiągamy coś kosztem własnej wewnętrznej wolności, dla jednych ważnej, dla innych mniej.

Tęsknimy za zrzuceniem maski, za pełnią wolności. Ale pełne zrzucenie masek nie będzie społecznie akceptowane. Nauczycielka nie może zachowywać się w szkole jak ladacznica, mimo że po pracy maska „dziwki” może bardzo odpowiadać jej partnerowi. Tak jak pisałam, wszystko zależy od sytuacji, w swoich szafach musimy mieć duzo miejsca na nasze „przebrania”.  Patologia jest to, ze mimo że źle się czujemy we własnej skórze nic z tym nie robimy, boimy się uzewnętrznić swoje prawdziwe ” ja”, a przecież w  każdej noszonej masce powinnyśmy zachować choć odrobinę własnej osobowości. Musimy być zarówno buntownikami , jak i pokornymi ludźmi, zawsze umieć znaleźć kompromis i swoje wartości w narzucanych nam społecznych rolach. Niech maski zdominują naszego „ja”. Nie starajmy się nas siłę przypodobać ludziom, najważniejsze jest to abyśmy podobali się sobie, wtedy poczujemy wolność. Gdy się weszło między wrony…….nie zawsze trzeba krakać tak jak one…..Świat byłby wtedy bardzo monotonny, a przecież różnorodność jest jego najbardziej fascynującą cechą.

Poprzedni wpisy