Podprogowo – kluczowo – książkowo Anielska moc miłości

Jakiś czas temu musiałam zmienić swoje życie, rzeczywistość  była inna niż mi się wydawało; ludzie , z którymi byłam najbliżej, których najbardziej kochałam i potrzebowałam okazali się zupełnie innymi ludźmi. Może zacznę od początku.

Mój kręgosłup dawał się we znaki, więc zdecydowałam się na wizytę u lekarza. Skierował mnie na rehabilitacje, oczywiście zanim dotarłam do terminu wizyty kręgosłup przestał boleć…..Zabiegi były codzienne przez okres 4 tygodni. Leżałam podłączona do prądu w jakimś kosmicznym urządzenie, później masaże w wodzie, …no i oczywiście laser, a z laserem związany przystojny brunet, który powali mnie z nóg.  No cóż, zakochałam się jak nastolatka. Śliniłam się na jego widok jak pies na widok mięsa. Z utęsknieniem oczekiwałam „masażu” laserem, jak można to tak nazwać :) Brunet okazała się miłym i sympatycznym facetem. Gadaliśmy o wszystkim, po 4 tygodniach znał mnie na wylot :) Gdy kończyłam zabiegi zaproponowałam mu kawę – niestety odmówił – wtedy :) – miała jeszcze pacjentów, ale zaprosił mnie do kina na „Gwiezdne wojny”, uwielbia fantastyczne historyjki. Muszę się przyznać, ze byłam trochę zniesmaczona, myślałam, że pójdziemy na coś romantycznego, ale czego się nie robi dla takiego ciacha. Wskoczyłabym za nim w ogień. On wpatrzony w ekran, ja wpatrzona w niego jak w obrazek.  Myślicie, ze wiem o czym był film – cały czas myślałam tylko co będziemy robić jak wyjdziemy.Ale on grzecznie odprowadził mnie do domu i ucałował w czółko na do widzenia, mimo, że zaproponowałam żeby wszedł. No co jest do cholery, ile można czekać, zaraz  eksploduje…. Zadzwoniłam do niego następnego dnia , milutkim, słodziutkim głosikiem mówię „znasz się może na komputerach, mój laptop się zawiesił, jak byś mógł coś z tym zrobić….”   Zaraz będę – usłyszałam w słuchawce – ok złapał przynętę. Zadzwonił dzwonkiem, krzyknęłam by wchodził. Leżałam na łózko ubrana w same perfumy i czekałam na swoje bóstwo. . Zaniemówił. „Teraz ci nie odpuszczę…..” – mówię. Scenkę sobie odpuszczę, powiem tylko, ze czułam się jak w niebie. Spełnienie marzeń w jednej osobie, leżałam i napawałam się jego widokiem……cudo, cudeńko, cukiereczek, moje słoneczko, mój kosmiczny pogromca złych mocy…….Spotykaliśmy się  niemal codzienne, przynosił kwiaty, mówił o wielkiej miłości.  Byliśmy nierozłączni. Myślałam, że może po jakimś czasie nam przejdzie, ale uczucie było coraz silniejsze. Zamieszkaliśmy razem. Poznałam jego znajomych….wszyscy byli bardzo mili., i szybko mnie zaakceptowali, tak jak ja ich.

Sielanka trwała by może do teraz, gdybym nie odkryła, że mój przystojniak mnie okłamuje, że ukrywa przede mną swoją druga twarz. Ale odkryłam to za późno. Byłam z nim w ciąży, gdy dowiedziałam się, że mój brunet ma drugie życie,  a nawet trzecie i czwarte……Jego kumpel parsknął śmiechem, kiedy dowiedział się, ze jestem w ciąży i spodziewam się chłopca. „No co ty chłopca, Baron woli córeczki”. Nie zrozumiałam tego żałosnego, dla mnie, co równie bolesnego paroksyzmu. – wtedy. Jakiś czas temu odnalazłam  w zapiskach Barona pewne rachunki na nie małą sumkę. Poszperałam gdzie trzeba, trafiłam na jego innych znajomych. Jedna z nich opowiedziała mi o nim. Dowiedziałam się wszystkiego. Okazała się , ze mój kochany brunet założył się z kumplami, że do trzydziestki spłodzi 10 dziewczynek, 4 już miał na swoim koncie, moja miała być 5, ale los chciał inaczej. Słyszeliście kiedyś o amerykańskich mormonach, ciągle się nimi zachwycał, na początku nie wiedziałam o co mu chodzi. Nie chciał się do niczego przyznać, zaprzeczał, twierdził, ze bredzę, ze to wszystko moje wymysły; jak by wyrobił na tyle dzieciaków. Nie wierzyłam ani w jedno słowo, powiedziałam, ze albo powie mi prawdę albo odejdę. Wyprowadziła się, ale on nie dawał za wygraną. Mówił, ze ciągle mnie kocha, i chce żebym wróciła, że to moje urojenia. Dzwonił, przychodził i ślęczał pod moimi drzwiami, wysyłał miłosne kartki i ciągle pisał na fejsie.  Może bym i mu wtedy wybaczyła, jedynym moim argumentem była tamta znajoma. Ale wtedy poznałam tamta kobietę, jego „podopieczną” i jego córkę. To był koniec. On nadal się nie przyznawał. Usiedliśmy przy stole i wtedy powiedział mu wszystko –  ” Kiedyś pytałeś czego pragniesz, gdyż wszystko byś dla mnie zrobił….chcę tylko i wyłącznie prawdy….wiesz, ze ją znam, ale chcę ja usłyszeć od ciebie, powiedz mi ją prosto w oczy, ty jak również twoi znajomi, którzy również mnie oszukali ….wtedy będę mogła jakoś normalnie żyć i pozwolę ci na odwiedzanie syna…”.  Uparcie nadal twierdził, że bredzę. Wyprowadziłam się z Warszawy do Lublina, później Kraków…Przemyśl. Zamknęłam wszystkie konta na portalach społecznościowych, oraz wszelkie inne drzwi, aby nie mógł mnie znaleźć i mnie dalej dręczyć.

Odjeżdżając zostawiłam jeszcze ostatni list „Będę czekać ta twój telefon, jak będziesz zdecydowany powiedzieć mi prawdę to zadzwoń, wszelka inna forma kontaktu ze mną będzie prze ze mnie odrzucane, wypierana z mojej świadomości, wtedy chyba naprawdę poznam , co to znaczy olśnienie, jeżeli, nie jesteś do tego zdolny,to zostaw mnie w spokoju”

Moja biała flaga chyba nie podziałała, minęło już kilka tygodni a  brunet się nie odzywa…chyba tak naprawdę nigdy mu na mnie nie zależało, na dziecku, również…a ja go tak bardzo jeszcze kocham i tęsknię.

Ale ja to mówią  -  Boga poznasz dopiero po śmierci…….więc albo będę wierną wyznawczynią albo ateistka.

 

Żar tropików z burzą w tle

 

images kopia

 

Upał daje się we znaki. Z natury jestem raczej zimnolubną osóbką, teraz gdy słupek rtęci przekracza 30 stopni najchętniej zamknęłabym się w lodówce i z niej nie wychodziła. A tu jeszcze dziś ten ślub i wesele. Co za katorga! Pewnie wszystkie ciotki znów będą  mówić: „Prawie 40 na karku, a ona nadal sama, kiedy ona wreszcie znajdzie sobie faceta i się ustatkuje”. Kobiety jak zwykle patrzeć będą na mnie  zawistnymi spojrzeniami, widząc we mnie kusicielkę ich cudownych mężusiów.  Już jedno takie wesele zaliczyłam. Zostałam nazwana „ukrywającą się uwodzicielką” , dlaczego tak do tej pory nie wiem. Nie ukrywam się za maską sztuczności, reaguje zazwyczaj spontanicznie, jestem jaka jestem, czy to się komuś podoba czy nie. Otwarta, miła, uśmiechnięta, życzliwa i wiele innych pozytywnych cech……tak pozytywna afirmacja zawsze wskazana.

Przed kościołem tłum ludzi, pot leje się strumieniami, każdy ciężko wdycha i pewnie modli się w duchy: niech to się jak najszybciej skończy. W kościele troszkę chłodniej, można wreszcie odetchnąć. Ksiądz  wygłosił przepiękne kazanie – o prawdziwej, czystej miłości, która nie zna zła, zawiści, zazdrości i nienawiści, która jest dobra i we wszystkim  się wspiera. Kto taką miłość znajdzie, to nawet największe przeciwności losu takiej miłości nie zniszczą. Słuchałam tego z zapartym tchem, chyba odezwała się we mnie moja romantyczna natura. W głębi serca myślałam sobie, że może kiedyś i mnie spotka takie szczęście i odnajdę swoją druga połówkę pomarańczy. Chwile romantycznego uniesienia przerywała tylko chusteczka wycierająca pot na twarzy księdza. Po ceremonii zaślubin szybko złożyłam życzenia i udałam się do domu weselnego.Tam znów piekliśmy się wszyscy jak na patelni, miny zgromadzonych gości, jak i ich nastroje raczej nie weselne.

Tylko jedna para wyglądała na zadowoloną. Stałam w ich pobliżu i  mimo woli  słyszałam ich rozmowę, a raczej czułe słówka faceta do żony: ” Moja niunia ta najcudowniejsza kobieta na świecie nikomu jej nie odstąpię, to mój największy skarb, nasza miłość na nowo rozkwita…..” Myślę sobie kazanie mu się udzieliło, czy za dużo promieni słonecznych , a może naprawdę taki zakochany. Pech chciał, że miałam wyznaczone miejsce obok tej pary gołąbków. Szybkie zapoznanie, wymiana spojrzeń i uśmiechów…. i wreszcie jedzonko. Facet przez cały czas posiłku niemiłosiernie gadał. Ja tylko kiwałam głową, udając że chociaż odrobinę mnie to interesuję. W końcu żona zauważyła moją niekomfortowa sytuację i powiedziała: „Kochanie daj innym zjeść, z pełnymi ustami i tak nic mówić nie można”. Poczułam ulgę. Ale cisza nie trwałą długo. Ktoś zapytał pana G ( tak go nazwę ) -”To dlaczego pan taki dziś niewyspany” . On na to:”  A wróciłem z pracy po 23, później żona spać nie dawała, więc musiałem się nią zająć, a po wszystkim za rybki na nockę”. Chwilowe zażenowanie nastąpiło prze stole, wymiana spojrzeń i  sztuczny śmiech, który miał załagodzić całą tą sytuację. Po posiłku największa rozrywka imprezy – tance. Zakochany pan G porywa swoją wybrankę serca na parkiet. Zachowuje się jak jeleń na rykowisku, prężąc swoje muskuły, ale widać żona chyba zadowolona – chociaż do czasu.

Część gości, w tym ja również większość czasu spędzało na dworze. Pan G dopiero tutaj się rozkręcił, chyba już upojenie alkoholowe dało o sobie znać. Zaczęły się zwierzenia : „Moja księżniczka to prawdziwy aniołek, jest taka dobra i słodka, oddałbym za nią życie, kocham ją ponad wszystko…..”. Boże, myślę sobie chciałabym kiedyś odnaleźć takiego kochającego faceta. Po jakimś czasie  dołącza do nas  żona pana G. Pan G zaczyna opowiadać nam pikantne szczegóły ich współżycia małżeńskiego: „Moja niuńka  uwielbia jak liżę jej paluszki u stópek, i nie tylko; powiedziała kiedyś, ze mnie to można by było wynajmować innym kobietom, wtedy to poznałyby co to znaczy orgazm….”. Nie wiedziałam, gdzie schować oczy, jak zareagować na te wyznania, czy się śmiać, czy współczuć tej kobiecie. Pan G nie widział w swoim zachowaniu nic złego, dalej kosztem zony próbował podnieść sobie chyba niskie poczucie wartości. W końcu żona nie wytrzymała i powiedziała co o tym myśli. Pan G wyczuł, że żona chyba się obraziła. Biegnie ją przeprosić „Przepraszam, że się na mnie obraziłaś „. Żona na to ” Porozmawiamy o tym jutro „. Słowa te musiały nie przypaść do gustu panu G, gdyż całkowicie zmienił swoje zachowanie. ” Ta już foch. Mogłabyś przynajmniej nie psuć mi zabawy, ty to taka obrażalska księżniczka, cholerna arystokratka, tylko obrażać się umiesz. Zobaczysz wszystko się zmieni, jestem dla ciebie za dobry, wreszcie przejrzałem na oczy….” Zaczyna coraz bardziej wrzeszczeć i szarpać się, kiedy próbują go uspokoić wyrywa się. Udaje się w kierunku ulicy wrzeszcząc przy tym, że rzuci się pod pierwszy nadjeżdżający samochód. Ktoś go zatrzymuje, tłumacząc mu, ze powinien pomyśleć o dzieciach, ale jego  nic nie interesuje, histeryzuje jeszcze bardziej. W pewnym momencie zaczyna szlochać – i jeszcze bardziej wrzeszczeć „nie chcę tak dalej żyć”. Na szczęście udaje się komuś wpakować go do samochodu. Szybko odjechali.

Co za afera – myślę sobie. Pozory jednak mylą, stwarzali taka kochającą się parę. Facet ma chyba jakieś problemy emocjonalne. Widać, że w ich życiu muszą być jakieś urazy, które zapewne trwają od dłuższego czasu. Może przez te sztuczne czułe wyznania chciał stłumić jakieś wewnętrzne rozdarcie, jakieś poczucie krzywdy czy agresję, wrogość, które  i tak musiały kiedyś się ujawnić. Może poczuł się odtrącony przez żonę, która nie tak jak on sobie tego życzył zareagowała na jego przeprosiny – ale przepraszał ją za to, że „się na niego obraziła”, nie za swoje złe zachowanie –  może dlatego taki sfrustrowany. Gdy patrzyłam na te jego pretensje, było mi go trochę żal. Jego dusza musi bardzo cierpień, jeżeli taki incydent stał się zapalnikiem takiej wrogości, pogardy, pokrzywdzenia i nienawiści. Powinien wyzbyć się tych negatywnych emocji i zobaczyć świat w innych barwach, gdyż takie zapiekłe  uczucia sprawiają, że żyje w ciągłym wewnętrznym napięciu. Niech zacznie dostrzegać pozytywne aspekty swojego życia, niech zatrzyma się na chwilę, zobaczy siebie z boku, jak widzą go inni, może wtedy zacznie sprawiedliwie oceniać siebie i innych. A takie „sztuczne” zachowanie w stosunku do zony ( niuniu, kwiatuszku, słoneczko ) wcale nie pomaga w utrzymaniu w ich związku ciepła i miłości. Lepiej być prawdziwym sobą, nie skakać ze skrajności  w skrajność, nie można raz kochać , raz nienawidzić. Takie  zachowanie burzy spokój, nie daje poczucia bezpieczeństwa, nie buduje zaufania, w takiej atmosferze na pewno ich miłość długo nie przetrwa. Swoje żale, pretensje, wrogości powinni umieć szczerze wyznać sobie w samotności, na pewno wtedy doszliby do jakiegoś konsensusu. Publiczne obrzucanie siebie błotem  tylko wzmaga poczucie krzywdy u obydwojga z nich. Jeżeli się kochają, a takie stwarzali pozory na początku, jeżeli zależy im na utrzymaniu związku powinni obydwoje zmienić swoje zachowanie, gdyż w tak chorym związku długo nie wytrwają.

To tyle co chciałam  napisać  o tym   „żarze  tropików z burzą w tle”.

……i żyli długo i szczęśliwie. Księżniczka pokochała księcia i oddała mu swój największy skarb, a on go wziął i ukrył głęboko w swoim sercu……

 
http://https://www.youtube.com/watch?v=NcqiwNdOf6Y

http://https://www.youtube.com/watch?v=NcqiwNdOf6Y

Zbawienny wpływ kościoła

Napisałam to dość dawno temu, teraz dopiero zdecydowałam się na upublicznienie. Zabawię się dziś trochę w zakonnicę, gdyż tematem tego wpisu będzie kościół i księżą.

Dlaczego coraz mniej ludzi wierzy w jego zbawienny wpływ. Dlaczego ci, którzy powinni dawać przykład innym swoją pobożnością, wielkodusznością, całkowitym posłuszeństwem Bożym przykazaniom, pokazują nam wręcz coś odmiennego. Często słyszy się o pijanym księdzu za kierownicą, o wszczynaniu bójek, a co najgorsze o pedofilii, która szerzy się w ich kręgach. Słyszałam kiedyś dość zabawną historyjkę o grupce księży z rożnych parafii. Jako dobrzy koledzy postanowili miło spędzić czas, umówili się na pogawędki – zapewne o pobożności w swoich parafiach. Chyba rozmowa nie kleiła się, gdyż zaczęli ją rozkręcać procentami. Tak się faceci rozjuszyli po tym mszalnym winie, że w końcu zaczęli się „tłuc po mordzie”. Gospodyni tak przejęła się losem swojego proboszcza, ze wezwała policję, aby rozdzieliła awanturników. Jeszcze jedna historyjka, tym razem w głównej roli ksiądz z mojej miejscowości. Proboszcz -już przeniesiony za zasługi na wyższe stanowisko –  tak uwielbiał grać w pokera z kolegami, że przegrał dość znaczną sumę pieniędzy, która była przeznaczona na budowę kościoła. Ale….patrząc  na to z drugiej strony – może myślał, że z Bożą pomocą uda mu się wygrać i  kościół szybciej będzie wybudowany.  Przytoczyłam dwa przykłady z księżmi, ale zakonnice wcale nie są lepsze. Jakiś czas temu w mediach było głośno o pewnej zakonnicy – bodajże Bernadecie – która znęcała się nad dziećmi ze śląskiego Domu Dziecka, a co gorsze zmuszała inne dzieci do wymierzania kar młodszym, często do wykorzystywania seksualnego.

Cała ta kościelna instytucja stała się wielką instytucją dochodową, kapłaństwo to niezły biznes. Mój obecny proboszcz to dobry prezes „spółki”, której celem nie jest zbawianie dusz, ale zasobność portfela. Gdy tylko został obsadzony na stanowisku szefa zarządu, od razu wziął  za remont starego kościółka. Rozwalił go na około i zaczął remont. Remontuje już prawie trzy latka, zbierając przez cały ten czas datki od parafian. Jakiś czas temu słyszałam również o tym ,że ma zamiar budować większy kościół, gdyż ten jest za mały, a parafian podobno coraz więcej. Podobno, ale w rzeczywistość jest inna, duża ich część widząc poczynania proboszcza zaczęła chodzić do innego kościoła albo całkowicie rezygnować z uczęszczania w nabożeństwach :)

Ja przyznam się szczerze rzadko chodzę do kościoła :(, mimo że wychowana byłam w rodzinie o dość rygorystycznym podejściu do niedzielnej mszy. Przy mojej mamie nie można było powiedzieć złego słowa na księdza, gdyż uważała ich za „świętość”. Całe szczęście, że z czasem jej trochę to przeszło. A co do tej niedzielnej mszy – czy będąc katoliczką mam obowiązek w niej uczestniczyć? Pewnie tak, gdyż w przeciwnym razie moja dusza pójdzie do piekła. Ale przecież Bóg jest wszędzie, i jeżeli chcesz go znaleźć to znajdziesz go nawet na ulicy. Módlmy się dla siebie, nie afiszujmy się swoją duchowością przed ludźmi, zamknijmy się w swoich  pokojach i tam z czystym sercem otwórzmy się przed Bogiem, aby mógł napełnić nas swoją miłością. Bogu nie zależy na budynku, tylko na naszym czystym sercu. I nie ważne czy kościół jest drewniany czy murowany, czy pełno w nim złotym przedmiotów, Jego interesuje nasze oddanie i nasza miłość. A księża powinni dbać o  zbawienie dusz, nie o własne korzyści finansowe. A jeżeli nie wystarcza im sił, gdyż przecież są też ludźmi, powinni modlić się do Boga, zaufać jego wielkiej sile, prosić o wskazanie drogi prawdy i mądrości, aby mogli rozumie kierować ludźmi w drodze do szczęścia. Bóg nie odmówi im tego daru, wystarczy, ze wyciągną po niego rękę. Więc postarajcie się, samo stanowisko nie daje świętości, w końcu pracujecie dla wyższej instancji.

Uprzejmość w rudym wydaniu

 

863303-001

 

Moja lodówka świeciła pustkami, więc postanowiłam w końcu udać się na większe zakupy. Udałam się do pobliskiego supermarketu. Pakowałam i pakowałam, aż cały wózek się zapełnił. Podchodzę do kasy, na szczęście jedna osoba przede mnę. Zaczynam wypakowywać. Obok mnie staje rudowłosa Pani. JEZUS MARIA mówi, dodam że trzyma w ręku masełko. Proszę, może być Pani przede mną. mówię. NOOOOOOOO -odpowiada, jakby to był dla niej jakiś pewnik. Kładzie masełko i zaczyna oskarżać kasjerkę, za to że w całym sklepie nie ma wkładów do zniczy, a on właśnie dziś na cmentarz musi -pewnie do męża, którego wykończyła. Wredne babsko, myślę sobie, brak kultury. Własnie wtedy uświadomiłam sobie skąd znam tę przyjemną Panią. Jakiś czas temu moja córa miała problemy z uszami, dostaliśmy skierowanie do laryngologa. Zapisałam ją. Dostaliśmy konkretny numerek.  Gdy przyszłyśmy do poczekalni zapytałam kto ma numerek przede mną. Wtedy właśnie ta „rudowłosa” przyjemniaczka odparowała – Tutaj nie liczą się numerki, trzeba czekać na swoją kolej, kto pierwszy ten lepszy. Ale pielęgniarka mówiła mi co innego – odpowiadam. Nikt więcej się nie wychylał, więc siadłyśmy i czekałyśmy. W pewnym momencie jakaś pani mówi – Teraz ja wchodzę, jestem czwarty numerek. Na to ja – to ja po Pani. Wtedy spojrzałam na rudą – myślałam, że jej oczy z gałek wyskoczą. Okazało się, że każdy ma jakiś konkretny numerek. „Rudowłosa przyjemniaczka” miała w końcu 9 -zapowiadało się długie czekanie……….A jeszcze jeden przykład czekania w kolejce. Byłam, jak wam wiadomo,  w Urzędzie. Wchodzę, pytam kto ostatni, dowiaduję się, czekam na swoją kolej.  Po jakimś czasie przychodzi pan po czterdziestce. Rozgląda się, staje pod drzwiami, po chwili wpycha się do pokoju – nie ważne, że my czekamy dłużej, on przyszedł i musi być szybko obsłużony.

Gdzie uprzejmość? Czy naprawdę w dzisiejszych czasach zapominamy już o  dobrych manierach? Rozumiem, jesteśmy zabiegani, roztargnieni, pogrążeni we własnych myślach, ale takie słowa jak: proszę, dziękuję, przepraszam chyba nadal mają swoją moc. Dziękuję, że była Pani tak uprzejma i mnie przepuściła. Ależ nie ma za co :) – czy nie milej. Przepraszam, czy mogła by mnie Pani przepuścić, mam tylko jedno masełko?  - , a tak to JEZUS MARIA – gdzie wychowanie. Krowy to na pastwisko, chociaż i tam obowiązuje jakaś kultura.

Nie znam tej Pani, miałam z nią styczność tylko dwa razy w życiu, nie wiem pewnie ma mnóstwo  zalet, ale ja na ten czas ocenić ją mogę tylko po tym jak się zachowała i jak odniosła się do mnie, i do bogu ducha winnej kasjerki :), a zbyt miłego wrażenia nie odniosłam. Nie wymagam od innych więcej niż od siebie. Znam swoje słabe i mocne strony, przynajmniej tak mi się zdaje ( jedno wiem na pewno pisanie nie należny do tych mocnych, ale i tak lubię :)Wiem, że nie zawsze jestem uprzejma, nie za wszystko dziękuję, choć wiem, ze powinnam, słowo przepraszam również ciężko przechodzi mi przez gardło – ale czasem je wymawiam. Próbuję raczej wysyłać pozytywne przekazy do innych – chociaż z różnym skutkiem. Staram się przynajmniej uprzejmie traktować ludzi, podchodzić do nich ze spokojem.  Wybucham średnio raz na dziesięć razy, ale nigdy bez uzasadnionej przyczyny. Wówczas nawet najlepszy przyjaciel, tudzież przyjaciółka mogą oberwać wiązankę :)

Więc bądźmy bardziej mili i życzliwy  w stosunku do siebie, pomagajmy sobie, myślmy czasem o innych. Nie bądźmy egoistami i nie rozpychajmy się wszędzie łokciami. Nie wyładowujmy swojego sfrustrowania na innych. Traktujmy innych tak, jakbyśmy chcieli aby nas traktowali. Korona nam z głowy nie spadnie, gdy będziemy życzliwiej nastawieni do otoczenia. Proszę, dziękuję, przepraszam niech stanie się naszą codziennością.

Pamiętaj o tym autorko bloga :) gdyż często o tym zapominasz, nie jesteś jakąś księżniczka, aby innych traktować z góry :)

W sieci kłamstw – moja naiwność

 

 

 

Owego czasu założyłam profil na pewnym portalu społecznościowym. Nie wiem dlaczego to zrobiła, może po  części dla zabawy, rozrywki, a może po to by przekonać się do czego zdolni są ludzi, kiedy się ich nie widzi. Oczywiście na początku nie miałam żadnych znajomych, więc dodawałam wszystkich na chybił trafił . Wciągu paru dni miałam już znaczne grono „bliskich znajomych”. Napisałam bliskich, ale tak naprawdę nie znałam ich. Byli mili, pochlebnie odnosili się do moich postów, plusowali wszystko co udostępniałam, ale tak naprawdę byli dla mnie obcy. W profilu wkleiłam  seksowne zdjęcie brunetki leżącej na łóżku w różowej haleczce. Oczywiście po wklejeniu tego zdjęcia maja „popularność” wzrosła. Maili było bez liku – umów się ze mną, będę cię wielbił i kochał. Prawdę mówiąc to wszystkie były w podobnym stylu; witaj słoneczko, cudownie wyglądasz, dołączył bym do ciebie, tak kusząco na mnie spoglądasz, uwielbiam twoje włosy itp. Takie tam flaki z olejem  i tyle. Na początku odpisywałam, podpuszczałam, ale w końcu miałam dość. Zabawa dość szybko mnie znudziła, w końcu profil usunęłam.

Po kilku latach od tamtego zdarzenia założyłam bloga, a wraz z nim kolejny profil na portalu społecznościowym. Wkleiłam zdjęcie zwyczajnej dziewczyny z sąsiedztwa, dla zabawy zrobiłam jej czerwone oczy. Myślałam, że tym razem sytuacja nie powtórzy się, ale faceci ” nie zawiedli”. Codziennie jakieś dziwne maile; „serdeczne” powitania – cześć , witaj w cudowny poranek – MIŁEGO DNIA – dobrej nocy itd…….. Było tak słodko, że aż mdło……….Szczególnie jeden facet był bardzo natrętny, mimo że chyba dość inteligentny. Zaczęło się niewinnie, od komentowania postów. Ale facetowi to nie wystarczyło. Zaczęły się zwierzenia. Pisał mi praktycznie o wszystkich: o domu, o dzieciach, o pracy i o problemach w związku. Żalił się na żonę, która go nie rozumie, ciągle od niego czegoś wymaga, dąsa się i obraża bez powodu. On haruje w pracy, a ponadto zajmuje się domem, a ona tylko „maluje paznokcie” . Kochać się również z nim nie chce  - jakiś „wygasły wulkan” z niej jest.  Oczywiście pocieszałam go jak umiałam, w końcu my kobietki mamy serduszka pocieszycielek – przygarniaczek  ( chyba własnie wykoncypowałam nowe słówko  :)  Myślałam sobie idealny mąż – sama takiego chciałabym mieć, ma tylko jedną wadę – obcej babie wypisuje brednie na temat swojej zony, którą powinien kochać i szanować, a nie  ”ciosać kołki na głowie”, może często bezpodstawnie. Ciekawe, czy w ogóle kiedykolwiek zastanowił się nad tym,że  kobieta , do której pisze, może na przykład okazać się koleżanką jego syna. Nie zawsze zdjęcie, jak i nazwisko w profilu jest prawdziwe!!!!!

Ale wróćmy do tematu. Dość już miałam tych zwierzeń i  pocieszania. Napisałam mu, że nie powinnyśmy więcej pisać, jeżeli gnębią go jakieś problemy, to niech może idzie z żoną na terapię małżeńska, terapeuta na pewno im pomoże………..Wtedy dopiero się zaczęło. Zaczął wysyłać mi różne zdjęcia i romantyczne piosenki. Pisał również dla mnie wiersze i opowiadania – tzn. mówił , że sam pisał własnoręcznie, ale wiadomo w sieci można znaleźć praktycznie wszystko. Zaczęłam się go bać. Zabawa, zabawą, ale było w tym wszystkim coś dziwnego. Jego wypowiedzi stawały się wulgarne. Popadał w jakieś niewytłumaczalne dla mnie nastroje – od euforii po depresję – można to było wywnioskować z jego wypowiedzi. Myślę sobie jakiś wariat i tyle. Zablokowałam go, ale to nie wystarczyło,  musiałam usunąć profil.

Przez dłuższy okres czasu nie miałam żadnego profilu na portalach. Miesiąc temu jednak założyłam na FB. Jeszcze nie zdążyłam się dobrze oswoić, a tu już wiadomość od jakiegoś napaleńca. Szybko się go pozbyłam. Z sekundę „inny”  pisze – co się dzieję myślę, nie po to zakładałam kolejny profil, aby jacyś idioci zapychali moją skrzynkę głupawymi odzywkami, czy aż tak bardzo są zdesperowani aby nagabywać każdy kobiecy profil.

Drogie kobietki, wiem każda z nas potrzebuje uwagi, adoracji, czasem pocieszenia, przytulenia (nawet wirtualnego ), ale może lepiej aby pocieszał nas ktoś „realny” , a nie jakiś dupek, który siedzi po drugiej stronie ekranu. A może to jakiś zaćpany, przepocony, gruby, włochaty małpiszon, który ślini się na widok twojego zdjęcia. Musimy wiedzieć jedno, facetów nie interesują internetowe pogawędki z tobą. Oczywiście na początku, aby zamydlić ci oczy, będzie cie uwodził, odnosił się do ciebie w samych superlatywach  , ale musimy zrozumieć jedno, oni robią to tylko po to, aby zaliczyć kolejna panienkę. Miejmy uszy i oczy szeroko otwarte , nie dajmy się zwieźć namiętnym słówkom, gdyż za nimi może czaić się jakiś zboczeniec ……………czekający na twoją cnotę……………:) , a może tym zboczeńcem jest twój sąsiad z dołu, a co gorsza twój mąż, kto wie? w końcu nie widzisz „prawdziwej” twarzy osoby, z którą piszesz…………………….

Znajomość z sieci

 

seks-w-samochodzie-29360862

 

Wczoraj spotkałam się Anką, potrzebowałam już jakiejś odskoczni od codziennego życia. Umówiłyśmy się w pobliskiej kafejce, gdzie serwują wyśmienite ciacha.  Palce lizać! Zjadłam chyba trzy, Ania również sobie nie odmawiała słodkości. W końcu raz się żyje, a po paru ciasteczkach tyłek chyba nam nie urośnie. A nawet gdyby to co? Ania męża ma,   ja również jestem zajęta. A propos Ani. Kiedy weszła  do kawiarni wydała mi się jakaś przemęczona, włosy niezbyt świeże, bez makijażu, sińce pod oczami. Nie wyglądała zbyt korzystnie. Ale po paru ciachach dowiedziałam się o co chodzi.

Od jakiegoś czasu Anka romansowała z facetem, którego poznała na fejsie. Początkowo niewinna znajomość z biegiem czasu zaczęła się rozwijać. Nie wystarczyły już czułe słówka wypisywane na czacie. Facet zaczął domagać się czegoś więcej, a Anka spragniona „czułości” łatwo uległa namowom swego amanta. Umówili się w realu, miał być spacer i romantyczna kolacyjka przy świecach, a wylądowali w jego samochodzie gdzieś w lesie. Rozmowa nie kleiła się tak łatwo jak to było wcześniej :( Chociaż wcale się temu nie dziwię, za ekranem monitora łato jest udawać kogoś innego, kłamać prosto w oczy jest trudniej, chociaż niektórzy  to wyćwiczyli się w tej dziedzinie niemal do perfekcji.  Ale miałam pisać o Ance.  Gdy już popatrzyli sobie w oczy :) facet przeszedł do dzieła. Jednym ruchem ściągnął Ance bluzkę, szybko odpiął stanik i zanurzył się w jej obfitym biuście. Wsunął jej rękę w majtki i zaczął jeździć w górę i w dół dotykając jej łechtaczki w taki sposób jak nikt tego wcześniej nie robił.  Aż mi gorąco było gdy to mówiła. Pożądała go coraz bardziej, chyba to wyczuł gdyż w tym momencie wsunął jej palec do środka i zaczął pieścić ścianki jej pochwy. Zsunął swoje spodnie, wyjął swojego ogromnego penisa i wcisnął do ust Anki. Anka zaczęła lizać i pieścić jego „wacusia”,  czuła jak nabrzmiewa w jej ustach. W końcu zerwał z niej resztę ubrań i zakotwiczył swojego członka w jej pochewce. Odpłynęła. Czuła się taka wyjątkowa. Nigdy nie uprawiała takiego dzikiego seksu.

No tak wszystko jasne, to dlaczego jesteś w takiej kiepskiej formie – zapytałam – powinnaś być chyba bardziej ukontentowana? Zaczęła opowiadać dalej. Po tym jak skonsumowali „związek” kontakt się urwał. Zaczepiała go na fejsie, zagadywała, ale on wyraźnie nie miał ochoty utrzymywać z nią kontaktu. W końcu napisał jej żeby dała mu wreszcie święty spokój i nie dręczyła go, zaczął wyzywać ją od wariatek i dręczycielek. Anka była zdruzgotana, nie mogła pogodzić się z tą sytuacją, jej uczucie do niego było takie silne, chciała nawet dla niego odejść od męża, a on okazała się takim draniem bez uczuć. Nadal tęskniła i codziennie się zadręczała myśląc o nim. Po miesiącu od tamtego zdarzenia dowiedziała się , że jest w ciąży. Świat jej się zawalił. Nie wiedziała co ze sobą począć, wtedy zadzwoniła do mnie. I w ten sposób znalazłyśmy się w kawiarni i zastanawiałyśmy się co dalej z tym fantem zrobić. Nie widziałam dla niej innego rozwiązanie, jak powiedzieć mężowi o całej sprawie i prosić o wybaczenie. W końcu od dawna starali się o dziecko.

Język ciała – językiem duszy

 

images (1)

 

Ostatnio dzwoniła do mnie urocza pani i  zapraszała na jakąś prezentację, mimochodem zgodziłam się aby wysłali mi zaproszenie, chociaż termin niezbyt dobrze wybrany, dzień przed sylwestrem. No cóż, sylwestra i tak chyba spędzę w dość kameralnym towarzystwie, więc chyba na prezentację się wybiorę. Chociaż po ostatniej na jakiej byłam moje wrażenia nie są zbyt pozytywne. Nie wiem może to wina organizatorów, chyba nie do końca byli przygotowani.

Wybrałam się razem z sąsiadką, byłyśmy przed umówiona godziną, więc usiadłyśmy przed wejściem i czekałyśmy. Przyszli jacyś dwaj starsi panowie, o dość miłej powierzchowności i  usiedli na przeciwko. Ich rozmowa była dość obrzydliwa, szczególnie dla mojego ucha – rozmawiali o zaskrońcu zjadającym myszy na cmentarzu – fuuuuj…………. Wcale nie podsłuchiwałam, to nie moja wina, że mam dobry słuch……….a pewnie i ci panowie również maja dobry słuch, gdyż wcale na salę nie wchodzili, a miałam wrażenie jak wychodziłam, ze i tak jakby tam razem z nami byli i słyszeli, no chyba, ze maja dobre aparaty słuchowe.  Mniejsza z tym….. Nagle z drzwi wyskakuje dwóch fircyków, zaczynają coś mówić, zadawać pytania. Ogólne rozbawienie zapanowało – dodam, że dość sztuczne. Weszłyśmy do środka. Wita nas wysoki, przystojny brunet tzn. sąsiadkę wita (podaje jej rękę ), mnie jakoś pomija………………..no to już na samym wejściu zrobiło mi się troszkę głupio, oczy trochę postawiłam, mina mi zrzedła, ale co tam myślę sobie, nie przygotowany do „zawodu” i tyle……….Siadam i słucham…… słucham…..słucham………i prawie usypiam. Prowadzący od początku mocno zestresowany, już pierwsze wypowiedziane zdanie – „kameralne spotkanie” wyszło jako kamela….kamelarne…….No nie myślę sobie, nie może być przekonującym ktoś kto zaczyna się jąkać, albo ten któremu brakuje słów, aby przekonać widownie,że gotowanie w samowarze  rosołu  będzie dla nich korzystniejsze.

Aby dobrze wypaść przed publicznością, nie ważne czy jest „kameralna” czy nie, wystarczy być zawsze sobą. Nie udawać kogoś innego. Dla słuchacza staniesz się bardziej przekonujący jedynie wówczas, gdy twoje zachowanie będzie naturalnie i spontaniczne, a uczucia prawdziwe, a nie wyćwiczone na jakimś kursie dla pseudo naukowców. Słuchacze potrafią rozpoznać intencje mówiącego i  każdy fałsz w głosie. I zamiast kameralnie wyjdzie ci kamelarnie, albo, zamiast poważnej twarzy wychodzi coś zupełnie innego, gdy zaczynasz dotykać( zakrywać) kącik ust swoim dużym „palcem” – pokazując przy tym coś oczami. Takie rzeczy od razu dyskredytują cię jako prawdziwego mentora -sprzedawcę, chcesz być profesjonalistą w tym co robisz to musisz zadbać o każdy szczegół, musisz zapanować nad swoim ciałem i tonem głosu. Używaj zdań krótkich, prostych i zrozumiałych – wtedy tak bardzo nie będziesz się stresował, nie staraj się na siłę sprawiać wrażenia osoby, która do perfekcji opanowała sztukę mówienia, jesli do końca tej umiejętności nie opanowałaś/eś. Ponadto wystąpienie nie powinno być wystudiowanym spektaklem, w końcu prezentacja zwykłych garnków to żadna sztuka. A co do spektaklu – to  wszyscy prowadzący, jak i zgromadzona publiczność zachowują się tam jakby mieli jakieś z góry przypisane role. Sprzedawcy –  dobrych, opiekuńczych,troskliwych przyjaciół dbających o twoje kuchnie, a „widzowie” – chętnych klientów, którzy oddadzą wszystkie swoje pieniądze na garnki za 5 tyś :)   I jeszcze jeden szczegół, tak na marginesie – „brawo dla tej Pani”……… – nie wiem dlaczego tak często to wyrażenie powtarzają, ale mnie jakoś nie przypadło do gustu, nie wiem może tego ich uczą na tym szkoleniu dla profesjonalnych sprzedawców.

A co ja tam się wypowiadam na taki temat, jak tylko raz w życiu byłam na takim przestawieniu. Ale pierwsze wrażenie jest najważniejsze……Jeśli tylko jeszcze mogę, a oczywiście, że mogę kto mi zabroni pisać, kilka wskazówek jak się odstresować przed ważnym wystąpieniem………

* kilka „głębszych” ……………..oddechów, mogą być z „bębirku”

* stań w pozycji wyprostowanej, rozluźnij ciało, poczuj jak z twojego ciała odpływa całe napięcie; oddychaj głęboko i pomyśl o czymś przyjemnym, pozwól aby twój umysł zaniósł cie do krainy spokoju i harmonii, a odzyskasz spokój ducha

*jeśli nadal jesteś zestresowany – przypomnij sobie twoje dotychczasowe osiągnięcia, swoje zalety – chyba masz jakieś, w końcu ma je każdy człowiek.

Postaraj się uspokoić bicie serca, wtedy będzie lepiej, nie będzie więcej ‚kameralnego sylwestra”. Gdy zastosujesz się do tych wskazówek, zawsze obok ciebie będzie ktoś, kto wesprze cię dobrym słowem…………

Wiek niewinności, czyli……………….

pobrane (1)

 

Wiek niewinności – ładnie brzmi, trochę zwodniczo, trochę tajemniczo, w każdym razie inspirująco. Co z tym wiekiem niewinności? Jak go właściwie odbierać. Może to wiek, w którym postrzegamy świat w kolorach bieli i czerni, nie zauważając rożnych odcieni szarości albo jeszcze lepiej może widzimy wszystko przez różowe okulary. Na pewno wiek niewinności to wiek łagodności. A łagodność kojarzy mi się z kimś malutkim – z dzieckiem. Tak już się jakoś utarło, że uznajemy dzieci za niewinne i łagodne istoty. Ale dlaczego mnie, szczególnie ostatnio, ta dziecięca kraina szczęśliwości, zabawy i beztroski nie kojarzy się z łagodnością, wręcz przeciwnie z zawziętością i wrogością.

Dzieci potrafią być wobec siebie okrutne, wyrządzają innym dzieciom krzywdę i pozostają wobec tego obojętne. Dlaczego? Czy są tak zapatrzonymi w siebie egoistycznymi istotkami, że nie widzą  nic poza własnymi przyjemnościami. WYPOWIADA SIĘ CUDOWNA MATKA TRÓJKI DZIECIACZKÓW…………… A może to kwestia wychowania? Może to ja jestem złą matką? Doszłam do wniosku, że niektórzy ludzie nie powinni zostawać rodzicami, że chyba ja nie powinnam zostawać matką, jeżeli nie potrafię wychować „normalnych”  dzieciaczków. Jeżeli nie potrafię nauczyć swoich dzieci prawdziwych wartości i zasad jakimi powinni kierować się w życiu, to chyba nie powinnam nazywać się i być matką.

Gdy słyszę rozmowy moich dzieci albo gdy obserwuje ich w trakcie zabawy to mam wyrzuty sumienia. Ciągle krzyczą, kłócą się, płaczą, skarżą jedno na drugiego, nie wspomnę już o popychaniu  czy „przypadkowym”  uderzeniu. Za chwilę godzą się ( oczywiście gdy ich do tego przymuszę), aby za godzinę czy dwie robić dokładnie tak samo. Najgorsze, że nie rozumieją że źle postępują. Że ich zachowanie rani uczucia drugiej osoby. Nie ma za grosz w nich współczucia. Kiedy któreś z nich jest obiektem żartów to cierpi, przychodzi do mnie się poskarżyć, ale samo nie potrafi wczuć się w sytuację brata czy siostry. Czasem opadają mi ręce, nie wiem jak mam im wytłumaczyć co w życiu dobre , a co złe, jak nauczyć ich empatii. Nie chce aby moje dzieci były takie, nie chcę ich wychowywać w duchu zazdrości, zawiści, skarżenia czy obrażania. Gdyż te złe uczucia mogą  się w nich utrwalić. Nie mówię, ze ja taka nie jestem. Ależ jestem. Wstyd mi za to , ze nie potrafię się tych uczuć wyzbyć, ale chciałabym aby one były ode mnie lepszymi istotkami. Żeby nie raniły innych, gdyż życie kiedy się dręczy innych nie daje radości, ale samo cierpienie…………………….pod warunkiem, że się ma sumienie.

Więc czym jest ten wiek niewinności – niewiedzą, brakiem doświadczenia, iluzją, wiarą w idealny świat, dzieckiem…………….

Ścianka myśli – Kochanie nie mam w co się ubrać….

On i ona leżą w łóżku. On ogląda telewizję, ona grzebie coś w laptopie.

ONA – chyba już czas odłożyć kompa, leży jakiś naburmuszony, może bym się trochę poprzytulała……………- odkłada laptop i przytula się do niego.

- Jaka ty jesteś zboczona…

- Dlaczego, tylko się przytulam

ONA – przytulać się źle, nie przytulać jeszcze gorzej. Ci faceci nie wiedzą czego chcą..

ON – tylko jedno jej w głowie, a jak ja o coś proszę to tego nie robi…

- Mówiłem ci, że nie mam w co się ubrać

- Jak to nie masz , dawałam ci koszulę, poza tym masz jeszcze kilka swetrów

Kilka godzin wcześniej………………..

- Jutro mam szkolenie uprałaś mi jeansową koszulę

- Nie, nie uprałam

- To ciekawe w co ja się juto ubiorę……………… – ona daje mu różne ubrania, ale jemu nic nie pasuje, musi być konkretnie ta „jeansowa” koszula……………………………….

ON – trudno jej było uprać, cały dzień nic nie robi tylko siedzi w domu, a ja muszę rano wstawać, iść do roboty, a tu teraz nawet ” nie mam w co się ubrać”

ONA – nie no znowu zaczyna, gorszy jest od baby, rozumiem ja mogłabym przejmować się w co się ubrać, ale on. A może na tym szkoleniu jakieś koleżanki będą, dlatego taki przejęty tym swoim ubiorem…..

- Gdzie są wszystkie moje koszulki z krótkim rękawem. Co może wywaliła? A teraz w co mam się ubrać? Swetra nie założę! Chciałem tylko żebyś uprała te koszulę………Odsuń się ode mnie, nie przytulaj się do mnie…………..

ONA – co za skończony idiota, zrobić mi awanturę o  jakąś koszulę. A co ja jestem jakąś całodobową pralnią, nie mam obowiązku prać twoich koszul, mogę to zrobić jak będę chciała, poza tym dała Bozia rączki……. Ale nie przecież on uważa,że prać jego koszule to jakiś mój obowiązek, w końcu muszę się jakoś odwdzięczyć za to że tak ciężko na mnie pracuje….A mogło być tak miło. Facet to potrafi wszystko zepsuć…………..

ON  - no tak, teraz leży jakaś „nafoszona”, a co ja jej takiego złego zrobiłem, za dobry jestem dla niej……chciałem tylko jednego, a nie otrzymałem tego. I w czym ja jutro pójdę na to szkolenie ………………….przecież ” nie mam się w co ubrać”…………..

Naleśniki z wkładką

Wiem, ze nie ładnie jest podsłuchiwać innych, ale nie mogłam się  powstrzymać, szczególnie że temat rozmowy bardzo mnie zainteresował. Miałam chwilkę wolnego czasu, wpadłam więc na kawę do pobliskiej kawiarni. Siadam , zamawiam i czekam.  Z sąsiedniego stolika słyszę dość głośno prowadzona rozmowę

- Niemożliwe, to chore….

- E tam chore, każdy tak robi

- A daj spokój , lepiej skończmy ten temat. Słuchaj robiłam wczoraj naleśniki, ale wyszły mi jakieś niesmaczne, chyba zbyt gęste ciasto zrobiłam, nawet pies nie chciał jeść.

- A propos naleśników, przypomniała mi się pewna anegdotka. Robiłam kiedyś naleśniki, wiesz Kubuś za nimi przepada, a że z niego taki niejadek to dość często robię. Więc tak. Pamiętasz kiedyś mieszkaliśmy u teściów przez pewien okres – koleżanka kiwa głową – biorę  garnczek, wbijam jaja , dodaje mleko , mąkę – no ciasto gotowe. Nagle słyszę -mamo, mamo – co się dzieje -mamo chce mi się kupę….. Jako, ze jeszcze wtedy pomagałam małemu w tej szczególnej czynności fizjologicznej, biegnę z nim szybko do łazienki. Ale on – jak to każdy facet, jak już siądzie na tron to nie chce szybko go opuścić… Już -jeszcze, już….. wreszcie skończył. Wracam do kuchni. Biorę patelnię. Zaglądam do ciasta, a tam….

- No co? – dopytywała druga

- No co? Kłak, włos jak stąd do nieba, na wierzchu pływa. Myślę sobie -no to raczej nie mój, to nie mój kolor, to kolor włosów teściowej. A pewnie brała coś z szafki i po prostu jej wypadł. Cholera akurat do mojego ciasta naleśnikowego. Ale co tam – dobrze,że brzydliwa nie jestem, więc wzięłam  wyjęłam i zaczęłam smażyć  naleśniki. Usmażyłam stertę, posmarowałam – Kuba już wcina. Pytam teściowej – będzie mama jadła – a nie , nie dziękuję, niech lepiej dla was wystarczy….Cholera dziwne, zawsze chętnie jadała, a tym razem nie chce…., a może ten włos to nie przez przypadek w cieście wylądował – pomyślałam. Ale co miałam zrobić, syn zajada więc i ja zaczęłam, ale kątem oka zerkam na teściową –  i wiesz co widzę – jakiś dziwny szyderczy uśmieszek na jej twarzy….

- No co ty, wiedziałam specjalnie wrzuciła…..

- Nie wiem, nie pytałam, ale nawet gdyby tak zrobiła to przecież by się do tego nie przyznała. Ale to raczej niemożliwe, chociaż….. może jednak możliwe. Może chciała mi zrobić na złość, dać mi nauczkę za coś co jej zdaniem zrobiłam. Słuchaj… dzień wcześniej, teściowa ugotowała zupę, zawołała na na obiadek. Nalałam mężusiowi , sama jakoś nie miałam ochoty jeść. Mężuś zajada aż mu się uszy trzęsą, wiesz smakosz zupek,nagle wyciąga z talerza wielką, olbrzymią muchę i krzyczy – co wy muchy gotujecie…….Teściowa jak to usłyszała, to myślałam że mnie wzrokiem zabije. Nie wiem może sobie pomyślała, że może specjalnie tę muchę złapałam i do talerza wrzuciłam…..

Myślałam, że pęknę ze śmiechu jak tego słuchałam. Kawa już wypita, a ja wcale nie miałam ochoty wychodzić , gdyż rozmowa chyba na tym się nie zakończyła. Ale jak mus to mus. Ze łzami w oczach musiałam opuścić kawiarnię. A swoją drogą – ciekawe  czy to naprawdę był włos teściowej, a może był to włos tej dziewczyny, maże jakaś ślepawa jest, w końcu okulary na nosie miała………………….